Czasami na wydziale można zasłyszeć od doktorów czy profesorów jakieś ciekawe historie, które w odróżnieniu od przytłaczającej reszty nie są ani nudne, ani takie samo jak wszystko inne. Czemu więc nie rozpowszechniać tej radosnej twórczości.
Numerem jeden z dzisiejszych historyjek jest zdecydowanie orzeczenie włoskiego Sądu Najwyższego, który wypowiedział się w sprawie molestowania i tego co nim jest, a co jeszcze nie. Wyrok jest o tyle ciekawy, że takiego rozstrzygnięcia po prostu nikt nie przewidywałby.
Poszło o to czy pracodawca może klepać swoją pracownicę po tyłku. Sprawa wydaje się być banalna, prawda? Wprost byśmy odpowiedzieli, że to już lekkie przegięcie i zdecydowanie mamy do czynienia z pewną formą molestowania w pracy. Ha, włoski Sąd Najwyższy jednak zaskoczył wszystkich. Uznał bowiem, że jeśli pracodawca robi to spontanicznie, przypadkowo, nieregularnie (niech mi ktoś zdefiniuje precyzyjnie te pojęcia), to nie mamy w takim przypadku do czynienia z molestowaniem. Strach pomyśleć, co w takim razie dla Włochów jest dopiero molestowaniem...
Włosi generalnie słyną z miłości do procesowania - a postępowanie trwa tam dłużej niż u nas. A z innych właśnie przykładów - jakiś czas temu podobno ktoś procesował się w sprawie patentu służącego do otwierania puszki coli. O co poszło? No bo to po otwarciu takiej puszki ta część z zewnątrz wpada do środka i dotyka zawartości puszki, a przecież na tym mogą być jakieś bakterie czy zanieczyszczenia. Werdykt? Oczywiście i z tym sądy włoskie nie miały żadnych kłopotów - jeśli delikwent ma problem z tym, to niech sobie po prostu przed spożyciem przetrze puszkę szmateczką.
Dla kontrastu muzycznie polecam jedno z ciekawszych - obok Czesława - wydarzeń muzycznych w polskiej alternatywie minionego roku. Zespół Iwona i piosenka "Stoję jak kołek", z rewelacyjnym tekstem jak dla mnie:
poniedziałek, 19 stycznia 2009
środa, 14 stycznia 2009
The Futureheads
The Futureheads są dla mnie zespołem, który brzmi do bólu brytyjsko. Są takim jakby czołowym przedstawicielem iście rockowego grania z Wysp. Poza tym jest to także zespół, który przez wszystkie trzy płyty gra bardzo podobnie, ale zarazem nieco inaczej. Choć jednak z przewagą tego podobnego grania, bo jeśli nie zwrócimy uwagi to mamy wrażenie, że cały czas słuchamy tej samej płyty. Zespół jak dla mnie nie przeszedł żadnej wielkiej rewolucji brzmieniowej w swojej historii. Nie jest to jednak żaden zarzut. W końcu nie każdy musi wydawać każdą kolejną płytę zupełnie inną od poprzedniej. Czasami lepiej się rozwijać. Tak jak w przypadku The Futureheads. Każda kolejna płyta jest takim dołożeniem cegiełki do systematycznie budowanego brzmienia i rozpoznawalnego stylu grania. Chociaż jeśli chodzi o nową płytę, to powiedziałbym, że jednak trochę się zmieniło. Nie jest to jednak rewolucja, tylko ewolucja. Rozwinięcie tego, co już mogliśmy usłyszeć na pierwszej płycie - cholernie melodyjne rockowego grania. Grają bardzo gitarowo, a przy tym tanecznie. Nie zawsze wszystkim zespołom, które próbują osiągnąć ten efekt, udaje się to w takim stopniu jak The Futureheads.
Jeśli chodzi o najnowszą płytę "This is not the world" to związane są z nią dwie ciekawe anegdotki. Po pierwsze, z utworem "The Beggining of the twist" - jest to zapis historii wokalisty, który wyznał w jednym z wywiadów, że pisząc tę piosenkę borykał się z poważną depresją, a jego świat powoli zdawał się zawalać. Po drugie, ciekawa historia związana jest z kawałkiem "Radio heart", który jest zapisem autentycznego rozpoczęcia znajomości dwóch osób, które poznały się dzięki audycji radiowej i uprzejmości redaktora, który przekazał bodaj chłopakowi numer dziewczyny, z którą rozmawiał na antenie. Gdyby ta historia nie była prawdziwa, to pewnie wszyscy zaraz by powiedzieli, że to banał, że bujda, że takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. A tu proszę. Miłość czeka w radiu;)
A jako utwór proponuję nieco mniej znany kawałek z tej płyty "Sleet". Może właśnie przez to, że nie był singlem jest taki fajny, bo nie został zakatowany, tylko wciąż posiada w sobie pewną świeżość.
Jeśli chodzi o najnowszą płytę "This is not the world" to związane są z nią dwie ciekawe anegdotki. Po pierwsze, z utworem "The Beggining of the twist" - jest to zapis historii wokalisty, który wyznał w jednym z wywiadów, że pisząc tę piosenkę borykał się z poważną depresją, a jego świat powoli zdawał się zawalać. Po drugie, ciekawa historia związana jest z kawałkiem "Radio heart", który jest zapisem autentycznego rozpoczęcia znajomości dwóch osób, które poznały się dzięki audycji radiowej i uprzejmości redaktora, który przekazał bodaj chłopakowi numer dziewczyny, z którą rozmawiał na antenie. Gdyby ta historia nie była prawdziwa, to pewnie wszyscy zaraz by powiedzieli, że to banał, że bujda, że takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. A tu proszę. Miłość czeka w radiu;)
A jako utwór proponuję nieco mniej znany kawałek z tej płyty "Sleet". Może właśnie przez to, że nie był singlem jest taki fajny, bo nie został zakatowany, tylko wciąż posiada w sobie pewną świeżość.
Powstali z popiołów...
Oczywiście mowa o White Lies, najbardziej hype'owanym zespole w Wielkiej Brytanii. Zespół wcześniej istniał pod nazwą A Fear Of Flying, ale nic spektakularnego nie osiągnął, więc chłopaki postanowiły zmienić nazwę i potem już jakoś poszło. Nawet nie jakoś. Tylko bardzo dobrze! O czym pisałem już wcześniej - uznanie mediów, wsparcie i już w najbliższy poniedziałek do sprzedaży trafia ich debiutancka płyta, która jest bardzo, bardzo dobra. Ze strony marketingowej jeszcze, w najnowszym Q na całej drugiej stronie jest ogromna reklama ich płyty, a NME w dżinglu reklamującym swoją stację radiową wykorzystał fragment ich piosenki.
Ich płyta jest świetnie wypromowanym towarem medialnym. Czy jest w tym jednak coś, co obroni się samo bez medialnego szumu? Zdecydowanie tak. Szczególnie, że płyta nie zawierając praktycznie niczego oryginalnego, łączy w sobie najlepsze brzmienia z kilku różnych, niezwykle popularnych obecnie zespołów, co pozwala jej udawać oryginalne brzmienie wpisujące się w to, co najlepsze w indie, więc te podobne do innych zespołów brzmienia najzwyczajniej w świecie przypadają do gustu - trochę tu bowiem Editorsów i Interpolu (szczególnie mam na myśli wokal), trochę The Killersów i Franza Ferdinanda (taneczność muzyki o ogólna melodyczność), a do tego troszeczkę Depeche Mode (kilka zabiegów brzmieniowych).
Zdecydowanie najlepszymi utworami na płycie są tytułowe "To Loose My Life", "E.S.T.", "Farewell to the Fairground", oraz "Unfinished Business". Dobre, ale nieco odstające jak dla mnie od tych utworów jest również singlowe "Death".
Generalnie cała płyta trzyma dobry poziom i nie możemy wskazać utworu, który odstawałby jakoś strasznie od reszty. Ciekawym zabiegiem jest wykorzystanie w dwóch utworach orkiestry symfonicznej. Nadaje to tym utworom pewnego przestrzennego brzmienia, które idealnie wpisuje się w nieco epicko-poetyckie teksty.
White Lies nawet jeśli nie będzie okrzyknięte najlepszym zespołem 2009 roku, to i tak uważam, że warto posłuchać, bo to po prostu dobra, melodyjna muzyka, z ciekawymi brzmieniami i całkiem niebanalnymi teksami - oczywiście jeśli za takie przyjmiemy te o nieszczęśliwym życiu, miłości, czymś utraconym i tak dalej.
White Lies - "E.S.T.":
Ich płyta jest świetnie wypromowanym towarem medialnym. Czy jest w tym jednak coś, co obroni się samo bez medialnego szumu? Zdecydowanie tak. Szczególnie, że płyta nie zawierając praktycznie niczego oryginalnego, łączy w sobie najlepsze brzmienia z kilku różnych, niezwykle popularnych obecnie zespołów, co pozwala jej udawać oryginalne brzmienie wpisujące się w to, co najlepsze w indie, więc te podobne do innych zespołów brzmienia najzwyczajniej w świecie przypadają do gustu - trochę tu bowiem Editorsów i Interpolu (szczególnie mam na myśli wokal), trochę The Killersów i Franza Ferdinanda (taneczność muzyki o ogólna melodyczność), a do tego troszeczkę Depeche Mode (kilka zabiegów brzmieniowych).
Zdecydowanie najlepszymi utworami na płycie są tytułowe "To Loose My Life", "E.S.T.", "Farewell to the Fairground", oraz "Unfinished Business". Dobre, ale nieco odstające jak dla mnie od tych utworów jest również singlowe "Death".
Generalnie cała płyta trzyma dobry poziom i nie możemy wskazać utworu, który odstawałby jakoś strasznie od reszty. Ciekawym zabiegiem jest wykorzystanie w dwóch utworach orkiestry symfonicznej. Nadaje to tym utworom pewnego przestrzennego brzmienia, które idealnie wpisuje się w nieco epicko-poetyckie teksty.
White Lies nawet jeśli nie będzie okrzyknięte najlepszym zespołem 2009 roku, to i tak uważam, że warto posłuchać, bo to po prostu dobra, melodyjna muzyka, z ciekawymi brzmieniami i całkiem niebanalnymi teksami - oczywiście jeśli za takie przyjmiemy te o nieszczęśliwym życiu, miłości, czymś utraconym i tak dalej.
White Lies - "E.S.T.":
Kochanice króla
Ten film chciałem obejrzeć praktycznie od momentu, gdy poraz pierwszy o nim usłyszałem. Po prostu powtarzałem sobie, że zaraz po premierze muszę wybrać się do kina. Jak się okazało mus wcale nie był taki wielki, a film widziałem dopiero ostatnio w okresie świątecznym. Wcześniej zdążyłem już usłyszeć jaki to jest on podobno słaby, rozczarowujący i tak dalej. Trochę powątpiewając więc w "Kochanice króla" zasiadłem do ich oglądania. Jakże duże było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że nie jest to takie słabe kino.
Ma swoje minusy, oczywiście, ale ma też plusy, które nie pozwalają przekreślać z góry tego obrazu i przez co pewne opinie pewnych nawet szacownych recenzentów z dużych pism uważam za cokolwiek nieuzasadnione.
Tym co zachwyca najbardziej w filmie są obrazy, jego wizualne piękno, doskonały dobór scenerii oraz wyśmienita praca kamery. Zastosowano w wielu ujęciach taki brudny kadr, czyli kamera nie skupia się dokładnie na pierwszoplanowej postaci, tylko gdzieś z oddali, gdzieś z drugiego końca sali przyglądamy się temu wszystkiemu, co się dzieje. Świetne rozwiązanie. Wprowadziło ono do filmu wiele przestrzeni, a także pozwoliło na spojrzenie na wiele scen z ciekawej perspektywy.
Doskonałe są także kreacje aktorskie. W zasadzie nie można mieć żadnych zarzutów do żadnego z odtwórców głównych ról. Zarówno bowiem Scarlett Johansson, Natalie Portman oraz Eric Bana stworzyli niezwykle przekonujące i bardzo dobrze zagrane role.
Historia dynastii Tudorów jest ostatnio bardzo trendy, nie da się tego ukryć. Film skupia się tylko na początkowym okresie miłosnych przygód Henryka VIII. A głównym motywem jest spór sióstr Boleyn. Wbrew pozorom nie jest to jednak tylko film, w którym jedynym wątkiem są perypetie miłosne. Jest tu dużo szersza perspektywa. Jest bowiem trochę o historii ówczesnej Anglii, o utworzeniu kościoła anglikańskiego, jest także bardzo przekonywający wizerunek kobiety, która w tamtych czas znaczyła tak niewiele, była traktowana tak przedmiotowo. Straszne czasy. Świetnie ukazane scenami zapadającymi na długo w pamięć.
A jeśli chodzi o te minusy. Wydaje mi się, że autorzy chcieli opowiedzieć zbyt wiele w zbyt krótkiej historii, przez co pewne wątki są nieco spłycone. Poza tym kilka scen średnio się ze sobą klei, momentami brakuje tutaj spójności.
Generalnie nie jest to więc obraz taki zły, jak chcieliby nigdy niezadowoleni i nigdy nie usatysfakcjonowani recenzenci. Jest to dobre kino z nośnym wątkiem miłosnym na pierwszym tle, ale poza tym oferujące także kilka głębszych refleksji nad minionymi czasami. Czasami, które były fascynujące, ale które były przecież tak brutalne i czasami po prostu podłe.
Muzycznie może nie do końca powiązanie z tematem wpisu, ale ostatnio wróciłem trochę do The Futureheads, więc przypomnijmy sobie wspólnie singiel z ich najnowszej płyty.
"Radio heart":
Ma swoje minusy, oczywiście, ale ma też plusy, które nie pozwalają przekreślać z góry tego obrazu i przez co pewne opinie pewnych nawet szacownych recenzentów z dużych pism uważam za cokolwiek nieuzasadnione.
Tym co zachwyca najbardziej w filmie są obrazy, jego wizualne piękno, doskonały dobór scenerii oraz wyśmienita praca kamery. Zastosowano w wielu ujęciach taki brudny kadr, czyli kamera nie skupia się dokładnie na pierwszoplanowej postaci, tylko gdzieś z oddali, gdzieś z drugiego końca sali przyglądamy się temu wszystkiemu, co się dzieje. Świetne rozwiązanie. Wprowadziło ono do filmu wiele przestrzeni, a także pozwoliło na spojrzenie na wiele scen z ciekawej perspektywy.
Doskonałe są także kreacje aktorskie. W zasadzie nie można mieć żadnych zarzutów do żadnego z odtwórców głównych ról. Zarówno bowiem Scarlett Johansson, Natalie Portman oraz Eric Bana stworzyli niezwykle przekonujące i bardzo dobrze zagrane role.
Historia dynastii Tudorów jest ostatnio bardzo trendy, nie da się tego ukryć. Film skupia się tylko na początkowym okresie miłosnych przygód Henryka VIII. A głównym motywem jest spór sióstr Boleyn. Wbrew pozorom nie jest to jednak tylko film, w którym jedynym wątkiem są perypetie miłosne. Jest tu dużo szersza perspektywa. Jest bowiem trochę o historii ówczesnej Anglii, o utworzeniu kościoła anglikańskiego, jest także bardzo przekonywający wizerunek kobiety, która w tamtych czas znaczyła tak niewiele, była traktowana tak przedmiotowo. Straszne czasy. Świetnie ukazane scenami zapadającymi na długo w pamięć.
A jeśli chodzi o te minusy. Wydaje mi się, że autorzy chcieli opowiedzieć zbyt wiele w zbyt krótkiej historii, przez co pewne wątki są nieco spłycone. Poza tym kilka scen średnio się ze sobą klei, momentami brakuje tutaj spójności.
Generalnie nie jest to więc obraz taki zły, jak chcieliby nigdy niezadowoleni i nigdy nie usatysfakcjonowani recenzenci. Jest to dobre kino z nośnym wątkiem miłosnym na pierwszym tle, ale poza tym oferujące także kilka głębszych refleksji nad minionymi czasami. Czasami, które były fascynujące, ale które były przecież tak brutalne i czasami po prostu podłe.
Muzycznie może nie do końca powiązanie z tematem wpisu, ale ostatnio wróciłem trochę do The Futureheads, więc przypomnijmy sobie wspólnie singiel z ich najnowszej płyty.
"Radio heart":
Lesbian Vampire Killers

Zaczynając pisać o tym filmie warto powiedzieć, że scenarzyści nim zaczęli myśleć nad całą historią, musieli sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie, które usatysfakcjonowałoby producentów. Czyli jaki jest najgłupszy, a zarazem najbardziej komercyjny tytuł? Co może samą nazwą przyciągnąć ludzi do kina? Co wzbudzi zainteresowania? Pomyśleli i wymyślili. Lesbijki. Co prawda samym wątkiem lesbijskim nie zapełni się całego filmu, więc trzeba było pomyśleć nad czymś więcej. Założyli więc, że te lesbijki będą wampirzycami. No bo to przecież wiadomo, wampiry od zawsze były czymś fascynującym i stale obecnym w kulturze popularnej. Wniosek więc prosty z tego - łączmy dwa bardzo chodliwe motywy i nawet jeśli część środowisk feministycznych się oburzy... to jeszcze lepiej, bo dzięki temu film będzie miał dodatkową reklamę. Co prawda scenarzyści chyba sami doszli do wniosku, że pomysł na film jest cokolwiek idiotyczny, więc ubrali to wszystko w postać mainstreamowej kpiny i wpisali się w nurt prześmiewczej komedii z gorącymi motywami i dwójką kretynów, którzy trafiają do miasteczka gdzieś w Walii opanowanego przez urocze i krwiopijcze wampirzyce. Czy coś z tego będzie? Trudno powiedzieć. Na pewno wielkiego kina tu nie będzie, ale może chociaż trochę niezobowiązującej rozrywki. Tematy są nośne, można to fajnie wykorzystać. Tylko czy pomysł nie przerósł twórców. Przekonamy się już w marcu. No... z tym marcem to może bym w sumie tak nie przesadzał, bo jest to data premiery brytyjskiej, o polskiej nic jeszcze nie wiadomo. Jednak jak to mówią, dla chcącego nic trudnego.
Arctic Monkeys - Perhaps Vampires Is A Bit Strong But...
sobota, 3 stycznia 2009
The White Lies
Dopiero 3 stycznia, a ja już czuję, że to będzie dobry rok dla muzyki. Zapowiada się kilka ciekawych płyt zespołów o już pewnej pozycji na rynku - na przykład pierwsza z wielkich płyt tego roku "Tonight" Franza Ferdinanda; a później pojawi się wreszcie nowa płyta U2, kto wie czy Coldplay nie zaskoczy nas czymś nowym jeszcze w tym roku, podobno mają już sporo materiału na nową płytę (tylko, że jeśli ten materiał jest tak szybko to najprawdopodbniej będzie bardzo podobny do tego, który słyszeliśmy na "Viva la Vida"); aa, i jeszcze Kasabian. Ale na razie debiutanci. W minionym już roku jedne z najlepszych płyt jakie się ukazały należały do zespołów, które dopiero debiutowały. Pozwala to bardzo dobrze rokować na nowe czasy. Bo tak, w USA na przykład MGMT wydają swój pierwszy album, który generalnie spotkał się z samymi ochami i achami, a w Wielkiej Brytanii Glasvegas swoją płytę pod takim samym tytułem zmieniają w muzyce na Wyspach więcej niż się początkowo wydawało. Album Glasvegas przypomniał trochę o shoegazie, o zimnych riffach i o takim nieco melodyjnym, mrocznym graniu. Długo nie musieliśmy czekać na kolejne tego typu uderzenie muzyczne. Już 19 stycznia ukaże się debiutancka płyta genialnie zapowiadającego się zespołu The White Lies. Sieć sklepów HMV umieściła ich w swojej dziesiątce najlepiej zapowiadających się młodych zespołów. I może nie warto byłoby się przejmować zestawieniem sklepu muzycznego, gdyby nie to, że ta sama sieć już wcześniej przewidziała sukces takich wykonawców jak Arctic Monkeys, Franz Ferdinand czy Duffy.
Prawdę mówiąc The White Lies nie są może zespołem tak genialnym, jak chciano byśmy wierzyli, ale już na starcie mają coś, co jest cholernie ważne - wsparcie mediów. Zachwycają się nimi NME, "Q" oraz BBC. Niewiele zespołów na starcie może liczyć na takie medialne uznanie.
Jak grają? Trochę jak Glasvegas, trochę jak Editors, którzy z kolei brzmi jak Interpol. Do tego wszystkiego zaś, na przykład w singlu "To Lose My Life", można doszukać się ducha Depeche Mode.
Chłopaki z zespołu są bardzo młode. Bardzo. Czyżby powtarzała się sytuacja z Arctic Monkeys, w którym w momencie debiutu średnia wieku niewiele przekraczała osiemnaście lat? Prawdę mówiąc, nie miałbym nic przeciwko. W końcu tylko pozostaje się cieszyć, że tak wiele dobrej muzyki tworzonej jest przez tak młodych ludzi. Ludzi, od ktorych stare gwiazdeczki mogłyby się tylko uczyć.
Na tym może skończmy dziś. Więcej opinii po premierze płyty. Nie ma co w ciemno okrzykiwać ich zespołem wcielącym w życia hasła nowej rewolucji muzycznej.
Prawdę mówiąc The White Lies nie są może zespołem tak genialnym, jak chciano byśmy wierzyli, ale już na starcie mają coś, co jest cholernie ważne - wsparcie mediów. Zachwycają się nimi NME, "Q" oraz BBC. Niewiele zespołów na starcie może liczyć na takie medialne uznanie.
Jak grają? Trochę jak Glasvegas, trochę jak Editors, którzy z kolei brzmi jak Interpol. Do tego wszystkiego zaś, na przykład w singlu "To Lose My Life", można doszukać się ducha Depeche Mode.
Chłopaki z zespołu są bardzo młode. Bardzo. Czyżby powtarzała się sytuacja z Arctic Monkeys, w którym w momencie debiutu średnia wieku niewiele przekraczała osiemnaście lat? Prawdę mówiąc, nie miałbym nic przeciwko. W końcu tylko pozostaje się cieszyć, że tak wiele dobrej muzyki tworzonej jest przez tak młodych ludzi. Ludzi, od ktorych stare gwiazdeczki mogłyby się tylko uczyć.
Na tym może skończmy dziś. Więcej opinii po premierze płyty. Nie ma co w ciemno okrzykiwać ich zespołem wcielącym w życia hasła nowej rewolucji muzycznej.
czwartek, 25 grudnia 2008
Najlepsze płyty 2008 roku!
Końcówka roku to okres licznych podsumowań. Każdy chce przedstawić swój prywatny top, swoich osobistych faworytów. I nic w tym złego.
Jaki był ten rok dla branży muzycznego? Podobno nie za dobry, ale tragiczny też nie był. Jak zwykle wieszczą śmierć CD, i jak zwykle CD przeżyły swoją kolejną śmierć. Nudne się to robi. Swoją drogą bardzo podobnie do winyli. Ostatnio mają się tak dobrze, jak już dawno nie miały. A słuchając głosów pewnych proroków można byłoby wywnioskować, że w tej chwili już nikt nie ceni muzyki słuchanej z dobrej jakości nośnika, dla nikogo nie jest ważne oryginalne opakowanie, i tak dalej. Jaka to bowiem przyjemność kolekcjonować pliki mp3? Gdzie w tym piękno płyt ładnie ułożonych na półce? Czy płyt winylowych odtwarzanych wręcz z nabożnością?
A jeśli chodzi o same nowe płyty? W moim odczuciu tak średnio w sumie. Pojawiło się trochę nowości, ale nie było chyba niczego takiego, co wywróciłoby branżę muzyczną do góry nogami. Kilka debiutów odświeżyło pewne nurty, wyczekiwane kolejne płyty znanych już zespołów - poza kilkoma wyjątkami - zapisały się po prostu dobrze. W samej muzyce zaś trochę więcej w tym roku elementów dance'owych, popowych, tanecznych. W samym rocku zaś ostatnio nieco niebezpiecznie mało rocka w rocku. Ale przyszły rok może będzie lepszy pod tym względem. Na szczęście są pewne zespoły, na które można liczyć - choćby Arctic Monkeys czy sam Alex Turner, którego zarówno NME jaki Roling Stone uznały za jedną z najważniejszych osób w brażny i które wpłyną na brzmienie nowej muzyki. Generalnie jednak rok 2008, to rok indie popu oraz ogólnie rozumianej muzyki tanecznej. A w Polsce? Jeszcze gorzej. Poza kilkoma dobrymi zespołami, które to wszystko ciągną, reszta dodaje sobie do nazwy prezentowanego gatunku słówko 'post' i tworzą coś, co jest sztuką dla sztuki i na trzeźwo wręcz nie do przyjęcia. A jeszcze jeden z zespołów, który miał być nadzieją polskiej sceny muzycznej w drugiej połowie roku - Coma - wydaje album, który jest cokolwiek słaby, poza zaledwie kilkoma utworami. Może na tym wystarczy słów wstępu. W sumie przecież aż tak źle nie było. Przykładem na to, że mimo wszystko coś dobrego w muzyce wciąż się dzieje, mam nadzieję, że będzie mój poniższy top, w którym pozwoliłem sobie zebrać dziesięć najlepszych płyt, według mojego subiektywnego zdania.
1. Kings of Leon - Only by The Night
Rewelacyjna płyta łącząca ciekawe i różnorodne brzmienia. Taki post-rock z malutką dawką elektroniki. Postmodernistyczna opowieść o życiu w brudnym, wielkim mieście, a w tle ironiczne teksty o miłości. Utwór z płyty? "Sex on Fire":
2. The Killers - Day&Age
Bardzo udany powrót tego zespołu z Las Vegas. Po średnio udanej płycie drugiej, pierwsza wraca do brzmień, które zjednały im grono wiernych fanów. Co prawda może i więcej tutaj indie popu, ale co tam. "Spaceman":
3. MGMT - Oracular Spectacular
Zdecydowanie najlepszy debiut tego roku. Nowojorscy czarodzieje łączą w swych brzmieniach rock, indie i synth pop, a w to wszystko wpleciona jest jeszcze muzyka taneczna z lat 80. "Time to Pretend":
4. Bloc Party - Intimacy
Jak dla mnie zespół, który przeszedł jedną z największych rewolucji brzmieniowych w ostatnich latach. Zaczęło się od garażowego rockowego grania. Później było dość mocno popowo, potem skrajnie elektronicznie. A potem był strzał w dziesiątkę. Wszystko zaczęło się od singla, który jest zdecydowanie jednym z najlepszych jakie słyszałem - "FLUX". Szkoda, że nie trafił ostatecznie na album. Jest post-rockowo, jest melodyjnie, jest tanecznie. "One Month Off":
5. The Last Shadow Puppets - The Age of the Understatement
Nowy projekt muzyczny Alexa Turnera z Arctic Monkeys. Krytykowano ich, że porwali się na coś, na co są jeszcze za młodzi. Nie zgadzam się z tym. Ta płyta, to świetna dawka indie retro rocka z nawiązaniami do Bowiego czy The Beatles. Słuchamy utworu tytułowego:
6. Coldplay - Viva la Vida or Death and all His Friends
Album, który wywołał dość mocne kontrowersje. Z jednej strony były komentarze pełne uwielbienia, z drugiej rozczarowania, że tak mało Coldplay'owo trochę się zrobiło, że sympatyczne piosenki dla wszystkich zastąpiono takimi, które trafią tylko do pewnego grona odbiorców. Ale w sumie co z tego? Może "X&Y" to nie jest, ale jak dla mnie Chris Martin i reszta chłopaków odwalają kawał porządnej roboty, więc po prostu nie może tego albumu zabraknąć tutaj w zestawieniu. "Lovers in Japan":
7. The Kooks - Konk!
W zasadzie wyróżnienie tylko za to, że przy pierwszej płycie jeszcze się w coś takiego nie bawiłem. Płyta bowiem niczym się nie różni od pierwszej. To znów tylko - i aż - proste i nośne piosenki o miłości. Ale jak dla mnie ma ten zespół w sobie jakieś piękno tkwiące w jego prostocie właśnie - wyniesionej chyba z prostych akordów i prostych piosenke a la Lennon i McCartney. "Always Where I Need To Be":
8. The Subways - All or Nothing
Zespół jak dla mnie niedoceniany przy okazji wszelkich możliwych list przebojów, topów czy podsumowań. Jako jedni z ostatnich stoją na bastionie muzyki grungowej, a ja, jednak cały czas kocham Nirvanę, więc miłość do pewnego rodzaju brzmień jak widać się przenika. Generalnie jest to bardzo fajne rockowe granie, z przebojowymi piosenkami, damsko-męskim wokalem i młodzieńczym polotem. "Girls and Boys":
9. Glasvegas - Glasvegas
A to z kolei jeden z najgłośniejszych debiutów ostatnich miesięcy. Świetne połączenie post-rocka z brzmieniami shoegezovymi ze ścianą dźwięku na czele. O zespole nie tak dawno sporo pisałem, więc polecam post, a tymczasem gramy "It's My Own Cheeting Heart That Makes Me Cry":
10. Cool Kids of Death - Afterparty
Jedyny polski akcent tegoroczny w tym topie. Kiedyś, gdy przeczytałem zdanie "nie oszukujmy się, poza nimi nie ma tutaj nikogo więcej", pomyślałem, że autorka mocno na wyrost pisze o CKOD. Teraz jednak nie jestem już taki krytyczny wobec tego zdanie. Oni rozpoczęli indie rockową rewolucję w naszym kraju. Oni wszystko zaczęli, a kto inny spija teraz śmietankę. Nowa płyta, nowe brzmienie - dance punk. "Nagle zapomnieć wszystko":
I to by było na tyle. Mind the gap.
Jaki był ten rok dla branży muzycznego? Podobno nie za dobry, ale tragiczny też nie był. Jak zwykle wieszczą śmierć CD, i jak zwykle CD przeżyły swoją kolejną śmierć. Nudne się to robi. Swoją drogą bardzo podobnie do winyli. Ostatnio mają się tak dobrze, jak już dawno nie miały. A słuchając głosów pewnych proroków można byłoby wywnioskować, że w tej chwili już nikt nie ceni muzyki słuchanej z dobrej jakości nośnika, dla nikogo nie jest ważne oryginalne opakowanie, i tak dalej. Jaka to bowiem przyjemność kolekcjonować pliki mp3? Gdzie w tym piękno płyt ładnie ułożonych na półce? Czy płyt winylowych odtwarzanych wręcz z nabożnością?
A jeśli chodzi o same nowe płyty? W moim odczuciu tak średnio w sumie. Pojawiło się trochę nowości, ale nie było chyba niczego takiego, co wywróciłoby branżę muzyczną do góry nogami. Kilka debiutów odświeżyło pewne nurty, wyczekiwane kolejne płyty znanych już zespołów - poza kilkoma wyjątkami - zapisały się po prostu dobrze. W samej muzyce zaś trochę więcej w tym roku elementów dance'owych, popowych, tanecznych. W samym rocku zaś ostatnio nieco niebezpiecznie mało rocka w rocku. Ale przyszły rok może będzie lepszy pod tym względem. Na szczęście są pewne zespoły, na które można liczyć - choćby Arctic Monkeys czy sam Alex Turner, którego zarówno NME jaki Roling Stone uznały za jedną z najważniejszych osób w brażny i które wpłyną na brzmienie nowej muzyki. Generalnie jednak rok 2008, to rok indie popu oraz ogólnie rozumianej muzyki tanecznej. A w Polsce? Jeszcze gorzej. Poza kilkoma dobrymi zespołami, które to wszystko ciągną, reszta dodaje sobie do nazwy prezentowanego gatunku słówko 'post' i tworzą coś, co jest sztuką dla sztuki i na trzeźwo wręcz nie do przyjęcia. A jeszcze jeden z zespołów, który miał być nadzieją polskiej sceny muzycznej w drugiej połowie roku - Coma - wydaje album, który jest cokolwiek słaby, poza zaledwie kilkoma utworami. Może na tym wystarczy słów wstępu. W sumie przecież aż tak źle nie było. Przykładem na to, że mimo wszystko coś dobrego w muzyce wciąż się dzieje, mam nadzieję, że będzie mój poniższy top, w którym pozwoliłem sobie zebrać dziesięć najlepszych płyt, według mojego subiektywnego zdania.
1. Kings of Leon - Only by The Night
Rewelacyjna płyta łącząca ciekawe i różnorodne brzmienia. Taki post-rock z malutką dawką elektroniki. Postmodernistyczna opowieść o życiu w brudnym, wielkim mieście, a w tle ironiczne teksty o miłości. Utwór z płyty? "Sex on Fire":
2. The Killers - Day&Age
Bardzo udany powrót tego zespołu z Las Vegas. Po średnio udanej płycie drugiej, pierwsza wraca do brzmień, które zjednały im grono wiernych fanów. Co prawda może i więcej tutaj indie popu, ale co tam. "Spaceman":
3. MGMT - Oracular Spectacular
Zdecydowanie najlepszy debiut tego roku. Nowojorscy czarodzieje łączą w swych brzmieniach rock, indie i synth pop, a w to wszystko wpleciona jest jeszcze muzyka taneczna z lat 80. "Time to Pretend":
4. Bloc Party - Intimacy
Jak dla mnie zespół, który przeszedł jedną z największych rewolucji brzmieniowych w ostatnich latach. Zaczęło się od garażowego rockowego grania. Później było dość mocno popowo, potem skrajnie elektronicznie. A potem był strzał w dziesiątkę. Wszystko zaczęło się od singla, który jest zdecydowanie jednym z najlepszych jakie słyszałem - "FLUX". Szkoda, że nie trafił ostatecznie na album. Jest post-rockowo, jest melodyjnie, jest tanecznie. "One Month Off":
5. The Last Shadow Puppets - The Age of the Understatement
Nowy projekt muzyczny Alexa Turnera z Arctic Monkeys. Krytykowano ich, że porwali się na coś, na co są jeszcze za młodzi. Nie zgadzam się z tym. Ta płyta, to świetna dawka indie retro rocka z nawiązaniami do Bowiego czy The Beatles. Słuchamy utworu tytułowego:
6. Coldplay - Viva la Vida or Death and all His Friends
Album, który wywołał dość mocne kontrowersje. Z jednej strony były komentarze pełne uwielbienia, z drugiej rozczarowania, że tak mało Coldplay'owo trochę się zrobiło, że sympatyczne piosenki dla wszystkich zastąpiono takimi, które trafią tylko do pewnego grona odbiorców. Ale w sumie co z tego? Może "X&Y" to nie jest, ale jak dla mnie Chris Martin i reszta chłopaków odwalają kawał porządnej roboty, więc po prostu nie może tego albumu zabraknąć tutaj w zestawieniu. "Lovers in Japan":
7. The Kooks - Konk!
W zasadzie wyróżnienie tylko za to, że przy pierwszej płycie jeszcze się w coś takiego nie bawiłem. Płyta bowiem niczym się nie różni od pierwszej. To znów tylko - i aż - proste i nośne piosenki o miłości. Ale jak dla mnie ma ten zespół w sobie jakieś piękno tkwiące w jego prostocie właśnie - wyniesionej chyba z prostych akordów i prostych piosenke a la Lennon i McCartney. "Always Where I Need To Be":
8. The Subways - All or Nothing
Zespół jak dla mnie niedoceniany przy okazji wszelkich możliwych list przebojów, topów czy podsumowań. Jako jedni z ostatnich stoją na bastionie muzyki grungowej, a ja, jednak cały czas kocham Nirvanę, więc miłość do pewnego rodzaju brzmień jak widać się przenika. Generalnie jest to bardzo fajne rockowe granie, z przebojowymi piosenkami, damsko-męskim wokalem i młodzieńczym polotem. "Girls and Boys":
9. Glasvegas - Glasvegas
A to z kolei jeden z najgłośniejszych debiutów ostatnich miesięcy. Świetne połączenie post-rocka z brzmieniami shoegezovymi ze ścianą dźwięku na czele. O zespole nie tak dawno sporo pisałem, więc polecam post, a tymczasem gramy "It's My Own Cheeting Heart That Makes Me Cry":
10. Cool Kids of Death - Afterparty
Jedyny polski akcent tegoroczny w tym topie. Kiedyś, gdy przeczytałem zdanie "nie oszukujmy się, poza nimi nie ma tutaj nikogo więcej", pomyślałem, że autorka mocno na wyrost pisze o CKOD. Teraz jednak nie jestem już taki krytyczny wobec tego zdanie. Oni rozpoczęli indie rockową rewolucję w naszym kraju. Oni wszystko zaczęli, a kto inny spija teraz śmietankę. Nowa płyta, nowe brzmienie - dance punk. "Nagle zapomnieć wszystko":
I to by było na tyle. Mind the gap.
niedziela, 21 grudnia 2008
Jestem legendą

Willa Smitha od zawsze kojarzyłem z filmami akcji. W tej chwili trudno byłoby mi powiedzieć z kim nie walczył, przeciwko czemu nie występował, od czego chronił ludzkość. Mimo tematyki filmów, w których występuje nie uważam go za słabego aktora. Ponieważ od czasu do czasu zdarzy mu się zagrać w filmie, w którym może udowodnić, że nie jest złym aktorem. Przykładem takim może być właśnie Jestem legendą.
Obraz opowiada dość popularną historię: lekarstwo - mutacja - epidemia - poszukiwanie antidotum. Jednak motyw epidemiczny był dla mnie zawsze bardzo interesujący, a poza tym jest niezwykle nośny. Mimo bowiem tego, że już tyle o tym pisano, tyle filmów nakręcono na ten temat, to każdy kolejny jakiś ciekawy element posiada. Oczywiście świadomie teraz pomijam filmy, które są oczywistymi gniotami i pod pojęciem 'każdy' rozumiem każdy, który oferuje kino na w miarę przyzwoitym poziomie. Nie wymagam od filmów z tego gatunku niewiadomo jakiego poziomu intelektualnych wycieczek.
Wracając do samego "Jestem legendą". Wszystko zaczyna się w 2009 roku, kiedy to wynaleziona zostaje szczepionka przeciwko rakowi. Początkowe badania są niezwykle optymistyczne, gdyż jest skuteczna w stosunku do wszystkich leczonych pacjentów. Czujecie już to wiszące w powietrzu ogromne "ale"? I słusznie. Ale pojawia się problem. Zawarty w szczepionce wirus zaczyna mutować i doprowadza do istnej apokalipsy. Większość ludzi ginie natychmiast, ci, którzy przeżyli zamieniają się pod wpływem zmian genetycznych w bezmyślne i nieczułe - a przynajmniej początkowo myślimy, że takimi są - istoty, które nocami wychodzą na ulice miast, by szukać pożywienia. Reszta ludzkości zmarła. Nikt nie przeżył. Nikt poza dr Nevilem, który ma wrażenie, że jest ostatnim człowiekiem na Ziemi.
Najjaśniejszym punktem całego filmu jest kilkanaście początkowych minut filmu, które robią kapitalne wrażenie. Wizja postapokaliptycznego Nowego Jorku mocno oddziałuje na nasze przeżycia. Wymarłe miasto. Cisza. Pustka. Zniszczone budynki, zarośnięte ulice. A pośród tego wszystkiego jeden człowiek, który próbuje przeżyć, który próbuje zachować resztki normalności. Walczyć z wirusem. Nie poddaje się. Wciąż eksperymentuje, szuka lekarstwa.
W tych momentach Will Smith udowodnił - jak dla mnie - że jest dobrym aktorem. Bardzo dobrze udało mu się oddać uczucia, jakie muszą towarzyszyć samotnemu człowiekowi w wielkim mieście. Generalnie można to odczytać jako pewną szerszą alegorię. Nie tylko przecież samotny jest człowiek naprawdę samotny, gdy nie ma nikogo innego, bo nikt inny już nie żyje. Samotny jest także człowiek w wielkim mieście, gdzie każdy biegnie przed siebie goniąc swoje cele, nie zważając za bardzo na drugiego człowieka.
Kolejnym niezwykle ciekawym pomysłem twórców "Jestem legendą", był motyw pieska, który towarzyszy doktorowi Nevillowi. Ten element wprowadza do filmu odrobinę ciepła. Trochę dziwnie to brzmi, ale tak jest.
Oczywiście nie zabraknie tutaj typowej akcji kojarzonej z filmami z tym aktorem. Jednak po raz pierwszy od dawna nie te elementy będą najistotniejsze. W końcu szybka akcja będzie tylko jakimś dodatkiem do w miarę sensowniejszej fabuły.
"Jestem legendą" nie jest może wybitnym dziełem światowej kinematografii. Nie jest to jednak też film słaby. Jest to kawał porządnego kina akcji z sensowną fabułą, postapokaliptycznym Nowym Jorkiem w tle i motywem samotności. Sądzę, że obraz może spodobać się nawet tym, którzy do tej pory nie kojarzyli jakoś najlepiej Willa Smitha.
Jakoś automatycznie jako motyw na dziś, kojarzący się w pewien sposób z tematyką filmu było "Cold Desert" Kings of Leon z ich ostatniej płyty:
sobota, 20 grudnia 2008
Off Club Festival
Arturowi Rojkowi jeden festiwal muzyczny w roku nie wystarcza. Potrzebuje więcej. I więcej. I ciągle chce więcej. A publika zgodnie mu w tym przyklaskuje. Jak bowiem można byłoby postąpić inaczej skoro w wakacje dostajemy świetny mysłowicki Off Festival, a teraz jeszcze i na jesieni i wiosną mają odbywać się mniejsze klubowe festiwale jednodniowe, na których pojawiać się będzie jedna gwiazda międzynarodowa. Inaugracja tego projektu miała miejsce w miniony czwartek w katowickiej Hipnozie. Miejsce świetnie dobrane, termin też. Jeśli chodzi o zespoły, to odczucia mam mieszane. Bawiło się przy nich doskonale, fajnie pogowało i w ogóle - chociaż część śmiertelnie poważnych osób pisała później w komentarzach na laście, że nieporozumieniem dla nich była grupka pogujących indie dzieciaków. Mój boże. Jak mi przykro, że oni nie potrafią zrozumieć tak prostej rzeczy jak dobra zabawa, jak dowolna forma tejże zabawy. Na samym koncercie było bardzo spoko, każdy bawił się tak jak chciał, więc tym bardziej zaskoczyły mnie później te komentarze. Trochę to popsuło ogólny bardzo pozytywny odbiór.
Ale wracając do muzyki. Jako gwiazda wieczoru wystąpił amerykański Deerhoof. O zespole pierwszy raz usłyszałem dopiero przy okazji tego festiwalu. Na koncercie bawiło mi się przy ich muzyce świetnie, bardzo żywiołowo, bardzo szalenie, bardzo rockowo. Jednak nie mam ochoty do tego wracać teraz. Jak dla mnie po prostu - i tylko - wyśmienity zespół koncertowy. Ale nic więcej. Zgodny jestem nawet się przychylić do opinii, że jest to obecnie jeden z lepszych zespołów koncertowych. Z tym, że jak piszę, tylko do koncertu moja przygoda z tym zespołem się ogranicza. Ot, taka bardzo udana jednorazowa przygoda. No, może jeśli jeszcze raz będą w Kato, to ich nawiedzę. Nic więcej jednak z mojej strony.
Off Club rozpoczął się porządną dawką elekroniki. Ot, takie wyczilałtowanie się przed resztą wieczoru. Kirsten z kolei zaprezentował całkiem niezłą dawkę post punka i post rocka. Kolejną grupą był sextet łączący w swojej twórczości brzmienia z pogranicza rocka i electrojazzu. Jakoś strasznie podjarani wszyscy byli ich występem. Fajnie się poskakało. Ale to by było na tyle.
Generalnie więc była to świetna dawka dobrej rozrywki. Muzyka, przy której można było doskonale poszaleć. Jednak jeśli chodzi o samą stronę muzczyną, to nie rzuciła ona mnie na kolana do tego stopnia, bym teraz stał się wielkim fanem któregoś z tych zespołów.
I trochę przekornie akcentem muzycznym nie będzie żadna z grup, które pojawiły się na tym festiwalu, lecz kapela, którą śmiało zaliczam do najlepszych tegorocznych debiutów - Glasvegas. Ostatnio było "Daddy's Gone", dziś słuchamy "Polmont on my Mind":
Ale wracając do muzyki. Jako gwiazda wieczoru wystąpił amerykański Deerhoof. O zespole pierwszy raz usłyszałem dopiero przy okazji tego festiwalu. Na koncercie bawiło mi się przy ich muzyce świetnie, bardzo żywiołowo, bardzo szalenie, bardzo rockowo. Jednak nie mam ochoty do tego wracać teraz. Jak dla mnie po prostu - i tylko - wyśmienity zespół koncertowy. Ale nic więcej. Zgodny jestem nawet się przychylić do opinii, że jest to obecnie jeden z lepszych zespołów koncertowych. Z tym, że jak piszę, tylko do koncertu moja przygoda z tym zespołem się ogranicza. Ot, taka bardzo udana jednorazowa przygoda. No, może jeśli jeszcze raz będą w Kato, to ich nawiedzę. Nic więcej jednak z mojej strony.
Off Club rozpoczął się porządną dawką elekroniki. Ot, takie wyczilałtowanie się przed resztą wieczoru. Kirsten z kolei zaprezentował całkiem niezłą dawkę post punka i post rocka. Kolejną grupą był sextet łączący w swojej twórczości brzmienia z pogranicza rocka i electrojazzu. Jakoś strasznie podjarani wszyscy byli ich występem. Fajnie się poskakało. Ale to by było na tyle.
Generalnie więc była to świetna dawka dobrej rozrywki. Muzyka, przy której można było doskonale poszaleć. Jednak jeśli chodzi o samą stronę muzczyną, to nie rzuciła ona mnie na kolana do tego stopnia, bym teraz stał się wielkim fanem któregoś z tych zespołów.
I trochę przekornie akcentem muzycznym nie będzie żadna z grup, które pojawiły się na tym festiwalu, lecz kapela, którą śmiało zaliczam do najlepszych tegorocznych debiutów - Glasvegas. Ostatnio było "Daddy's Gone", dziś słuchamy "Polmont on my Mind":
środa, 17 grudnia 2008
Scarlett w ambiencie
Czy jest to najlepsza płyta tego roku? Gdzieżby. Czy jest rewolucyjna, odkrywcza? Noo... tak średnio. Czy jest spełnieniem zachcianki? Oj tak, zdecydowanie. Ale czy jest to płyta, której warto posłuchać? Jak najbardziej. Przynajmniej ja z takiego założenia wychodzę. Przyznam się szczerze, że nie sięgnąłem po ten album ze względu na spodziewaną wartość artystyczną. Gdyby utwory scoverowała inna artystka pewnie nawet nie zaszczyciłbym tej informacji swoją uwagą. Ale tutaj nie podarowałbym sobie tego. Czyli już wiemy, że gdyby nie Scarlett, to nie słuchałbym coverów Toma Waitsa w czyimkolwiek innym wykonaniu i jakiejkolwiek aranżacji. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby ta płyta nie miała w sobie tego czegoś, to nie pisałbym o niej i nie słuchałbym jej kilka miesięcy po premierzy. Sama osoba Scarlett Johansson mogła mnie skutecznie zainteresować, by się albumem zainteresować, ale nawet ona nie byłaby w stanie sprawić, bym się katował muzyką, która gwałciłaby moje receptory muzyczne.
Jeśli chodzi o samego Toma Waitsa, który dał temu wszystkiemu początek swoją twórczością, to mam do niego stosunek taki sam jak Scarlett, która po prostu nie może pamiętać tej muzyki, bo to nie nasze pokolenie, a mówienie pokrętnie o tym, że muzyka ta oddziałuje na nią w szczególny sposób jest po prostu próbą zmierzenia się z czymś ambitniejszym, z czymś - jak zwykle w jej przypadku - nieco ponad jej wiek, ponad wszystko co wokoło. W końcu już sam Redford, kręcąc razem z nią "Zaklinacza koni" powiedział, że nigdy nie widział tak dojrzałem trzynastolatki.
Po pierwszych zachwytach płytach sięgnąłem jednak po kilka oryginalnych kawałków Waitsa. Dosłownie odrzuciło mnie od nich. Tak negatywnie nie podziałała na mnie żadna muzyka w ostatnim czasie. Zupełnie nie mój styl i klimat.
Tym większe uznanie muszę wyrazić dla Davida Sitka - tak, tak tego z TV On The Radio! - który nie patyczkował się z muzyką Waitsa i bezlitośnie przerobił ją na ambientowe brzmienia.
Ogólnie trzeba powiedzieć, że Scarlett potrafi otaczać się uznanymi i utalentowanymi osobami. Na gitarze bowiem przygrywa jedna trzecia Yeah Yeah Yeahs, a w chórkach w dwóch utworach udziela się David Bowie, który usłyszał na pewnym spotkaniu, że Scarlett śpiewa, że nagrywa. On zagadał, że fajnie, że mógłby się dołączyć do projektu, ona zakłopotana nie wiedziała co powiedzieć. Koniec końców Bowie sam pojawił się w studiu i dograł te chórki. Kto by pomyślał, że Scarlett taka wstydliwa.
Płyta dosyć długo się rozkręca. Na początku mamy bowiem instrumentalne "Fawn", później wolno wchodzące na obroty "Town with no cheer" i dopiero tutaj słyszymy głos Scarlett. Głos, który może być zarówno wielkim plusem tej płyty, jak i ogromną wadą. Wedle uznania. Można powiedzieć, że śpiewa słabo, że dziwnie, że takie to wszystko nijakie. Proszę bardzo. Ja jednak powiem, że słyszymy wspaniały, seksownie zachrypnięty głos, który w niebanalny sposób potrafi tworzyć fantastyczny nastrój w każdej kompozycji. Takie mistrzowskie połączenie dream popu z ambientowym podkładem.
Album jest pewną opowieścią. Niby piosenki Waitsa, ale słuchając ich w wykonaniu Scarlett mamy wrażenie, że równie dobrze mogłyby to być jej własne słowa, jej opowieść. Jakże prawdziwe przecież muszą być słowa piosenki "I don't want to grow up" - swoją drogą najbardziej przebojowy kawałek na płycie - w której śpiewa, że nie chce dorosnąć, że wciąż, w jakiejś części swojej podświadomości, chce być dzieckiem, które nie musi się tym wszystkim martwić.
Jak dla mnie przefanatastyczne jest jednak samo zakończenie płyty z utworami, które mówią o tym, że nikt nie zorientuje się, gdy odejdziesz, nikt się tym specjalnie na dłuższą metę nie przejmie i utwór z pytaniem 'kim ty tak naprawdę jesteś?'.
Słuchamy. Ostatni utwór z płyty. "Who are you". Z Davidem Sitkiem. Swoją drogą ciekawa sprawa, ostatnio bardzo mocno podobają mi się ostatnie piosenki na różnych płytach. Hm...
Jeśli chodzi o samego Toma Waitsa, który dał temu wszystkiemu początek swoją twórczością, to mam do niego stosunek taki sam jak Scarlett, która po prostu nie może pamiętać tej muzyki, bo to nie nasze pokolenie, a mówienie pokrętnie o tym, że muzyka ta oddziałuje na nią w szczególny sposób jest po prostu próbą zmierzenia się z czymś ambitniejszym, z czymś - jak zwykle w jej przypadku - nieco ponad jej wiek, ponad wszystko co wokoło. W końcu już sam Redford, kręcąc razem z nią "Zaklinacza koni" powiedział, że nigdy nie widział tak dojrzałem trzynastolatki.
Po pierwszych zachwytach płytach sięgnąłem jednak po kilka oryginalnych kawałków Waitsa. Dosłownie odrzuciło mnie od nich. Tak negatywnie nie podziałała na mnie żadna muzyka w ostatnim czasie. Zupełnie nie mój styl i klimat.
Tym większe uznanie muszę wyrazić dla Davida Sitka - tak, tak tego z TV On The Radio! - który nie patyczkował się z muzyką Waitsa i bezlitośnie przerobił ją na ambientowe brzmienia.
Ogólnie trzeba powiedzieć, że Scarlett potrafi otaczać się uznanymi i utalentowanymi osobami. Na gitarze bowiem przygrywa jedna trzecia Yeah Yeah Yeahs, a w chórkach w dwóch utworach udziela się David Bowie, który usłyszał na pewnym spotkaniu, że Scarlett śpiewa, że nagrywa. On zagadał, że fajnie, że mógłby się dołączyć do projektu, ona zakłopotana nie wiedziała co powiedzieć. Koniec końców Bowie sam pojawił się w studiu i dograł te chórki. Kto by pomyślał, że Scarlett taka wstydliwa.
Płyta dosyć długo się rozkręca. Na początku mamy bowiem instrumentalne "Fawn", później wolno wchodzące na obroty "Town with no cheer" i dopiero tutaj słyszymy głos Scarlett. Głos, który może być zarówno wielkim plusem tej płyty, jak i ogromną wadą. Wedle uznania. Można powiedzieć, że śpiewa słabo, że dziwnie, że takie to wszystko nijakie. Proszę bardzo. Ja jednak powiem, że słyszymy wspaniały, seksownie zachrypnięty głos, który w niebanalny sposób potrafi tworzyć fantastyczny nastrój w każdej kompozycji. Takie mistrzowskie połączenie dream popu z ambientowym podkładem.
Album jest pewną opowieścią. Niby piosenki Waitsa, ale słuchając ich w wykonaniu Scarlett mamy wrażenie, że równie dobrze mogłyby to być jej własne słowa, jej opowieść. Jakże prawdziwe przecież muszą być słowa piosenki "I don't want to grow up" - swoją drogą najbardziej przebojowy kawałek na płycie - w której śpiewa, że nie chce dorosnąć, że wciąż, w jakiejś części swojej podświadomości, chce być dzieckiem, które nie musi się tym wszystkim martwić.
Jak dla mnie przefanatastyczne jest jednak samo zakończenie płyty z utworami, które mówią o tym, że nikt nie zorientuje się, gdy odejdziesz, nikt się tym specjalnie na dłuższą metę nie przejmie i utwór z pytaniem 'kim ty tak naprawdę jesteś?'.
Słuchamy. Ostatni utwór z płyty. "Who are you". Z Davidem Sitkiem. Swoją drogą ciekawa sprawa, ostatnio bardzo mocno podobają mi się ostatnie piosenki na różnych płytach. Hm...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
