Toniemy w nicości nowoczesnej cywilizacji. Mamy ogromne osiągnięcia na polu nauki i techniki, praktycznie każdy może swobodnie korzystać z Internetu, a wszystko rozbija się o mur głupoty i źle pojmowanego konformizmu. Nikt nie myśli, nikt nie szuka. Każdy tylko bierze z tego bezkresnego morza możliwości to co chce, nie dając przy tym niczego od siebie, nie dając niczego w zamian. Nie będąc w stanie zaproponować czegoś konstruktywnego. Źle pojmujemy wszystko to, z czego mamy możliwość korzystać. Internet będący skarbnicą wiedzy, ułatwiający kontakty międzyludzkie, sprawiający, że przestają istnieć jakieś granice, wykorzystywany jest jedynie dla infantylnych celów na miarę dziecięcych zachcianek. Nie rozmawiamy, tylko czatujemy. Nie spotykamy się w kawiarniach, tylko w wirtualnych portalach. Więcej czasu spędzamy na przeglądaniu bzdur niż na czytaniu wartościowej lektury. Głupiejemy. Czy nikt nie dostrzega faktu, że społeczeństwo staje się coraz głupsze? Nie czyta, nie chadza do teatrów, nie potrafi konstruktywnie i logicznie się wypowiedzieć. Ludzie mają problem ze zrozumieniem jednej strony A4 tekstu. Szerzy się wtórny analfabetyzm i pierwotna obojętność ze strony samych zainteresowanych. Siedzą zamknięci w swoich cybernetycznych światach i liczą, że ktoś im to wszystko wytłumaczy, ale najlepiej w taki sposób, by nie padały tam zbyt długie słowa i żeby nie było to zbyt inteligentne, bo wtedy przypadkiem mogą jeszcze czegoś nie zrozumieć.
Upada język, ulega wulgaryzacji. Ludzie nie czytają książek, posługują się coraz potężniejszymi uproszczeniami, mają gdzieś gramatykę, choćby podstawy interpunkcji, wplatają w swoje wypowiedzi masę naleciałości - głównie angielskich. Do tego dochodzą tysiące nikomu niepotrzebnych na taką skalę akronimów. Zabijamy język poprzez bezmyślne skróty. To, co kiedyś było niedopuszczalne w mowie, dziś staje się standardem. To, co kiedyś było uznawane za niedopuszczalną formę językową, dziś staje się równorzędna - i co gorsza, częściej używaną od prawidłowej formy. Kto pamięta choćby o takiej pierdółce, jak ta, że powinno się mówić "czytałem tĘ książkę", a nie "czytałem tą książkę". Albo ta cholerna maniera akcentowania na ostatnią sylabę. My po polsku mówimy czy w jakimś innym języku? Jeśli po polsku to chyba akcentować się powinno z reguły na przedostatnią sylabę. Albo jeszcze ta wkurzająca praktyka mówienia "w gazecie pisze". Ktoś ci pisze tam w chwili mówienia? Wyskakuje krasnoludek i pisze artykuł na twoich oczach? Nie sądzę. Tak trudno powiedzieć, że w gazecie coś JEST napisane?
Każdy chce więcej i więcej. Nastawiamy się na modus posiadania i całkowicie zapominamy o modusie bycia. Naprawdę te dwa modusy się wzajemnie nie wykluczają. Jeśli każdy z nas się choć odrobinę postara to może i BYĆ i MIEĆ. Trzeba tylko chcieć. Konformizm jest w porządku. Nie należę do osób, która rzucając z prawa i lewa banały zacznie krytykować całą naszą współczesną konsumpcję. Jest ona wytworem naszych czasów, jest elementem naszej popkultury i nie jest niczym złym. Zła staje się dopiero przez nasze działania, które bardzo często są bezmyślne. Nie zastanawiamy się bowiem czy coś jest nam potrzebne, tylko bierzemy coś, bo chcemy to mieć, nie zastanawiamy się czy jest to wartościowa rzecz, czy tylko śmieć, którego za chwilę się pozbędziemy. Zataczamy się od naszych pragnień. Niczym narkomani na głodzie ciągle chcemy więcej i więcej. Czy tego nie da się uleczyć? Co tu leczyć... całą cywilizację trzeba byłoby chyba poddać kompleksowemu leczeniu. Ale tutaj już wchodzimy na pole jakichś utopii, więc darujmy to sobie. Wiadomo bowiem doskonale, że żadna utopia nigdy się nie sprawdziła.
Znów, niczym powracająca fala, pojawia się motyw konformizmu, konsumpcji, buntu. Bunt przeciw konformizmowi wydaje mi się najbardziej zakłamanym buntem z jakim możemy mieć do czynienia. Zbyt często bowiem spotkałem się z przypadkami, że wyrażał się on jedynie w pustym zanegowaniu wszystkiego tego, co oferuje nasza popkultura, a nie oferując niczego w zamian. Jeśli w zamian dajemy na przykład kontrkulturę, to oczywiście sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Coś takiego jest jak najbardziej dobre i mile widziane. Następnie, bunt jest trendem. Czymś modnym w pewnym okresie. Najpierw trzeba wymyślić sobie idee, potem spróbować je wcielić w życie, a kiedy szary mur ludzkiej beznadziei powtarzającej nam, że świata nie zmienimy, że jest jak jest, że tak tak, może i mamy rację, ale tak już jest. Gdy ta pieprzona masa betonu zatrzyma nas na środku ulicy z butelkami wymierzonymi niewiadomo w co, to pozostanie jedynie ubranie tego buntu w jakąś komercyjną otoczkę, dobre jego sprzedanie i spijanie kasy z rozlanych na ulicy koktajli mołotowa. Tak umrze bunt nasz i tak umrze każdy kolejny bunt. Każdy jednak pozostawi trochę zgliszczy i ruin wśród szarego betonu miast, a kiedyś przyjdzie wiosna i może okaże się, że udało się nam światu i życiu sprostać zmieniając je w choć minimalnym stopniu.
Czasami trzeba spojrzeć na wszystko z innej strony. Powiedzieć głośno "NIE!", gdy mówią tak, odwrócić się plecami, przestać trzymać z idiotami. No to po takim buntowniczym rozpoczęciu utwór, który może być lekkim zaskoczeniem w tym miejscu, ale strasznie mi się podoba ostatnio (znów). Red Hot Chilli Peppers i "Otherside":
środa, 9 lipca 2008
poniedziałek, 7 lipca 2008
Kradzież nieprzerwana
Od lat trwa i nasila się kradzież. Nieprzerwana. Permanentna. Niby coś tam się robi, jakoś próbuje się z tym walczyć, tylko dlaczego mam wrażenie, że wszystkie te działania są bardzo prowizoryczne? Dlaczego niby się walczy z piractwem, a nie dzieje się tak naprawdę nic?
Cały czas zastanawia mnie jakim sposobem funkcjonuje na przykład coś takiego jak Rapid. Chyba nikt nie jest na tyle naiwny, by zakładać, że wszystkie pliki, którymi wymieniają się internauci tam są ich własnością, mają do nich pełne prawa autorskie i mogą nimi swobodnie dysponować?
Skąd u nas takie idiotyczne przyzwolenie na kradzież muzyki? Dlaczego nie widzimy w tym nic złego? Dlaczego zamiast wyjść do sklepu i kupić CD kradniemy je z internetu? Skąd ta maniera, przyzwyczajenie i zwyczaj? Nie mówię tu oczywiście tylko o tym, że to Polacy kradną i nikt więcej. Naiwny nie jestem. Tylko jakoś nie mogę nie zauważać tego, że pomimo oczywistego faktu istnienia piractwa w innych krajach sprzedaż oryginalnych płyt wygląda tam zupełnie inaczej niż u nas. Tam, płyty sprzedają się w nakładach, a u nas podniecamy się, gdy jakiemuś wykonawcy uda się sprzedać 10 tysięcy płyt w ponad 30 milionowym kraju. No naprawdę wyczyn. I nie chodzi tutaj nawet o jakąś kulturę muzyczną, bo nie jest z nią wcale tak źle w naszym kraju. Widzimy przecież potem masę ludzi, którzy potrafią się bawić przy muzyce Much na przykład, znają teksty. Tylko, że znać teksty i piosenki oficjalnie powinno kilka tysięcy ludzi - Muchy i tak miały szczęście. Jak na alternatywny zespół sprzedać blisko 10 tysięcy płyt w naszym kraju, to naprawdę sukces. W każdym razie, czy nie jest dziwnym, że zespół ma pewnie kilkadziesiąt tysięcy fanów, a tylko pewien ich procent kupił płytę? Dlaczego tak się dzieje? Czy nie potrafimy docenić trudu włożonego przez artystów w nagranie albumu? Mamy gdzieś ich pracę? Chcemy tylko bezmyślnie konsumować na zasadzie, skoro ktoś inny ściąga z netu to czemu ja mam kupować? Może choćby po to, że takie ściąganie plików z internetu, co już nie raz próbowałem udowodnić, jest po prostu nie fair w stosunku to twórców. Poza tym, nikt z osób kradnących muzykę z netu raczej nie kradnie komórek, torebek, książek ani innych rzeczy. Dlaczego więc przyzwalamy na kradzież muzyki? Skąd ten idiotyzm? Dlaczego władze państw nie potrafią jakoś skutecznie z tym procederem walczyć? Czy komuś się opłaca piractwo?
Coś energetycznego może tym razem. Bloc Party i ich najnowszy singiel "Flux". Ciekawa sprawa z tym zespołem. Pierwsza płytka była taka typowo brytyjska, lekko garażowa i gitarowa. Druga serwowała nam bardziej uspokojone i dopracowane rytmy, troszkę to wszystko było wyciszone, pojawiło się za to więcej elektroniki. "Flux" zaś to już otwarty flirt z elektroniką i muszę przyznać, że chłopakom wychodzi to jak najbardziej na zdrowie.
Cały czas zastanawia mnie jakim sposobem funkcjonuje na przykład coś takiego jak Rapid. Chyba nikt nie jest na tyle naiwny, by zakładać, że wszystkie pliki, którymi wymieniają się internauci tam są ich własnością, mają do nich pełne prawa autorskie i mogą nimi swobodnie dysponować?
Skąd u nas takie idiotyczne przyzwolenie na kradzież muzyki? Dlaczego nie widzimy w tym nic złego? Dlaczego zamiast wyjść do sklepu i kupić CD kradniemy je z internetu? Skąd ta maniera, przyzwyczajenie i zwyczaj? Nie mówię tu oczywiście tylko o tym, że to Polacy kradną i nikt więcej. Naiwny nie jestem. Tylko jakoś nie mogę nie zauważać tego, że pomimo oczywistego faktu istnienia piractwa w innych krajach sprzedaż oryginalnych płyt wygląda tam zupełnie inaczej niż u nas. Tam, płyty sprzedają się w nakładach, a u nas podniecamy się, gdy jakiemuś wykonawcy uda się sprzedać 10 tysięcy płyt w ponad 30 milionowym kraju. No naprawdę wyczyn. I nie chodzi tutaj nawet o jakąś kulturę muzyczną, bo nie jest z nią wcale tak źle w naszym kraju. Widzimy przecież potem masę ludzi, którzy potrafią się bawić przy muzyce Much na przykład, znają teksty. Tylko, że znać teksty i piosenki oficjalnie powinno kilka tysięcy ludzi - Muchy i tak miały szczęście. Jak na alternatywny zespół sprzedać blisko 10 tysięcy płyt w naszym kraju, to naprawdę sukces. W każdym razie, czy nie jest dziwnym, że zespół ma pewnie kilkadziesiąt tysięcy fanów, a tylko pewien ich procent kupił płytę? Dlaczego tak się dzieje? Czy nie potrafimy docenić trudu włożonego przez artystów w nagranie albumu? Mamy gdzieś ich pracę? Chcemy tylko bezmyślnie konsumować na zasadzie, skoro ktoś inny ściąga z netu to czemu ja mam kupować? Może choćby po to, że takie ściąganie plików z internetu, co już nie raz próbowałem udowodnić, jest po prostu nie fair w stosunku to twórców. Poza tym, nikt z osób kradnących muzykę z netu raczej nie kradnie komórek, torebek, książek ani innych rzeczy. Dlaczego więc przyzwalamy na kradzież muzyki? Skąd ten idiotyzm? Dlaczego władze państw nie potrafią jakoś skutecznie z tym procederem walczyć? Czy komuś się opłaca piractwo?
Coś energetycznego może tym razem. Bloc Party i ich najnowszy singiel "Flux". Ciekawa sprawa z tym zespołem. Pierwsza płytka była taka typowo brytyjska, lekko garażowa i gitarowa. Druga serwowała nam bardziej uspokojone i dopracowane rytmy, troszkę to wszystko było wyciszone, pojawiło się za to więcej elektroniki. "Flux" zaś to już otwarty flirt z elektroniką i muszę przyznać, że chłopakom wychodzi to jak najbardziej na zdrowie.
niedziela, 6 lipca 2008
Polactwo ty moje, pieprzę cię
Jakiś czas temu, przy okazji recenzowania drugiego wydania "Polactwa" Rafała A. Ziemkiewicza, tak zaczynałem swój tekst: " Polskie społeczeństwo jest bardzo zróżnicowane. Z jedne strony są osoby przedsiębiorcze, ambitne i będące czymkolwiek zainteresowane. Z drugiej zaś mamy taki zaścianek, który nie interesuje się ani kulturą, ani polityką, ani niczym innym, co nie dotyczy jego samego. Rafał A. Ziemkiewicz bardzo wprost mówi o tej zaściankowej grupie społecznej i nazywa ją polactwem. Czym jest polactwo? To ludzie, którzy żyją z wykorzystywania innych warstw, to pasożyty społeczne, ludzie zawistni, mało inteligentni - mówiąc delikatnie, podatni na demagogię i populizm. Polactwo nie posiada sprecyzowanych przekonań ani poglądów. Kocha tego, kto im w danej chwili więcej obieca."
I co? I to, że na księgarskich półkach pojawiło się już trzecie wydanie chyba najsłynniejszej publikacji Ziemkiewicza, a polactwo jak trwało, tak trwa. Nie zmienia się nic. Albo zmienia się tak niewiele, że trudno to zaobserwować. Ludzie, którzy niczym się nie interesowali, nadal niczym się nie interesują. Ci, którzy byli podatni na demagogię, są podatni nadal. Ci, którzy byli kulturalnymi ignorantami, są nimi nadal. Dlaczego? Dlaczego niektórzy nie mogą zacząć myśleć? Zastanawiać się? Czy to naprawdę jest takie trudne? Zbyt wiele osób czerpie informacje tylko z telewizji - miejmy nadzieję, że jeszcze chociaż w miarę rozumieją treść wieczornych wiadomości. Wtórny analfabetyzm. Dla mnie jest to rzecz wręcz niemożliwa do pojęcia. Jak można czytać i nic z tego nierozumieć? Jak bardzo trzeba się kulturalnie stoczyć, by doprowadzić się do takiego stanu? Jak można pozwolić na to, by być intelektualnym impotentem, któremu ktoś musi tłumaczyć, co jest dla niego dobre i jak ma postępować? Skąd takie zaściankowe podejście do polityki? "Brzydzę się polityką" - jak łatwo powiedzieć taki frazes. Tylko czemu nikt się nad tym nie zastanowi bardziej? Czy to nie my - społeczeństwo - mamy wpływ na to, kto zasiada w Parlamencie? Czy to nie ludzie powinni patrzeć politykom na ręce? Oceniać ich? A po czterech latach wystawiać cenzrukę? Gdyby tak poczuli ci nasi politycy, że cierpliwość ludzi się wyczerpuje, że społeczeństwo patrzy im na ręcę, to wiadomo, że postępowaliby inaczej - zakładając, że dysponowaliby choć elementarnym poziomem inteligencji. Tylko z drugiej strony nie można popaść w taką skrajność w jaką zdaje się popadać Platforma - że lubimy tych, tamtych też, tym robimy dobrze, tamtym też. Nie można przy podejmowaniu newralgicznie istotnych dla państwa decyzji kierować się zamiast dobrem państwa sondażami poparcia. Nie może być tak, że partia rządząca podejmuje tylko mało istotne decyzje, które nie narażą jej na jakiś spadek popularności. Oczywiście pozytywny wizerunek jest ważny - i tutaj nikt nie zaprzeczy, że Platforma ma świetnych specjalistów od PR. Tylko oczekiwałem od tej partii, głosując na nią w wyborach, czegoś więcej. Liczyłem, że przeprowadzą pewne reformy, zrealizują obietnice przedwyborcze. Jedyne z czego się cieszę, to fakt, że obecnie jest o wiele spokojniej w polityce niż za czasów pontyfikatu ojca Jarosława, chamusia w gumofilcach i wszechpolaka z wachlarzem powiedzonek wyczytanych z podręcznika Dmowskiego. Tylko, że ten sukces Platformy to bardziej w myśl hasła, że lepszy słaby kochanek niż mąż impotent - jak to ciekawie ujął jeden z naszych świetnych kabaretów. Metoda jechania po PiSie w tych wyborach się sprawdziła, zapewniła sukces. Jednak czy tylko to wystarczy przy kolejnych? Nie sądzę. Naprawdę nie sądzę. Tylko z drugiej strony co jeśli nie PO? Śmiesznie radykalne SLD pod rządami Napieralskiego? PiS z jego miłością do Instytutu Paranoi Nieuleczalnej? Może coś na gruzach Parti Demokratycznej jeszcze powstanie, ale wątpię, by PD miało szanse być realną konkurencją dla Platformy. Na razie jest jeszcze dużo czasu do wyborów. Niech się dzieje, co się ma dziać. Za jakiś czas pewnie będzie można wrócić do tematu, a tymczasem coś przyjemniejszego dla ucha, niż wypowiedzi polityków - Aimme Mann i jej kawałek "Freeway". Piosenka jest całkiem sympatyczna - taki lekko folkowy wokal, z elementami rocka przeplatanymi popowym brzmieniem. Z tym, że do muzyki takiej jak ta podchodzę w taki sposób, że doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie za miesiąc nawet nie będę już o tym utworze pamiętał, a nawet jeśli chodzi o ten album, to nie zapuszczam się dalej niż na singla. Nie warto. Ale kawałek jest na tyle w porządku, że słysząc go pierwszy raz w Trójce stwierdziłem, że ujdzie i odsłuchałem raz jeszcze na Youtube.
I co? I to, że na księgarskich półkach pojawiło się już trzecie wydanie chyba najsłynniejszej publikacji Ziemkiewicza, a polactwo jak trwało, tak trwa. Nie zmienia się nic. Albo zmienia się tak niewiele, że trudno to zaobserwować. Ludzie, którzy niczym się nie interesowali, nadal niczym się nie interesują. Ci, którzy byli podatni na demagogię, są podatni nadal. Ci, którzy byli kulturalnymi ignorantami, są nimi nadal. Dlaczego? Dlaczego niektórzy nie mogą zacząć myśleć? Zastanawiać się? Czy to naprawdę jest takie trudne? Zbyt wiele osób czerpie informacje tylko z telewizji - miejmy nadzieję, że jeszcze chociaż w miarę rozumieją treść wieczornych wiadomości. Wtórny analfabetyzm. Dla mnie jest to rzecz wręcz niemożliwa do pojęcia. Jak można czytać i nic z tego nierozumieć? Jak bardzo trzeba się kulturalnie stoczyć, by doprowadzić się do takiego stanu? Jak można pozwolić na to, by być intelektualnym impotentem, któremu ktoś musi tłumaczyć, co jest dla niego dobre i jak ma postępować? Skąd takie zaściankowe podejście do polityki? "Brzydzę się polityką" - jak łatwo powiedzieć taki frazes. Tylko czemu nikt się nad tym nie zastanowi bardziej? Czy to nie my - społeczeństwo - mamy wpływ na to, kto zasiada w Parlamencie? Czy to nie ludzie powinni patrzeć politykom na ręce? Oceniać ich? A po czterech latach wystawiać cenzrukę? Gdyby tak poczuli ci nasi politycy, że cierpliwość ludzi się wyczerpuje, że społeczeństwo patrzy im na ręcę, to wiadomo, że postępowaliby inaczej - zakładając, że dysponowaliby choć elementarnym poziomem inteligencji. Tylko z drugiej strony nie można popaść w taką skrajność w jaką zdaje się popadać Platforma - że lubimy tych, tamtych też, tym robimy dobrze, tamtym też. Nie można przy podejmowaniu newralgicznie istotnych dla państwa decyzji kierować się zamiast dobrem państwa sondażami poparcia. Nie może być tak, że partia rządząca podejmuje tylko mało istotne decyzje, które nie narażą jej na jakiś spadek popularności. Oczywiście pozytywny wizerunek jest ważny - i tutaj nikt nie zaprzeczy, że Platforma ma świetnych specjalistów od PR. Tylko oczekiwałem od tej partii, głosując na nią w wyborach, czegoś więcej. Liczyłem, że przeprowadzą pewne reformy, zrealizują obietnice przedwyborcze. Jedyne z czego się cieszę, to fakt, że obecnie jest o wiele spokojniej w polityce niż za czasów pontyfikatu ojca Jarosława, chamusia w gumofilcach i wszechpolaka z wachlarzem powiedzonek wyczytanych z podręcznika Dmowskiego. Tylko, że ten sukces Platformy to bardziej w myśl hasła, że lepszy słaby kochanek niż mąż impotent - jak to ciekawie ujął jeden z naszych świetnych kabaretów. Metoda jechania po PiSie w tych wyborach się sprawdziła, zapewniła sukces. Jednak czy tylko to wystarczy przy kolejnych? Nie sądzę. Naprawdę nie sądzę. Tylko z drugiej strony co jeśli nie PO? Śmiesznie radykalne SLD pod rządami Napieralskiego? PiS z jego miłością do Instytutu Paranoi Nieuleczalnej? Może coś na gruzach Parti Demokratycznej jeszcze powstanie, ale wątpię, by PD miało szanse być realną konkurencją dla Platformy. Na razie jest jeszcze dużo czasu do wyborów. Niech się dzieje, co się ma dziać. Za jakiś czas pewnie będzie można wrócić do tematu, a tymczasem coś przyjemniejszego dla ucha, niż wypowiedzi polityków - Aimme Mann i jej kawałek "Freeway". Piosenka jest całkiem sympatyczna - taki lekko folkowy wokal, z elementami rocka przeplatanymi popowym brzmieniem. Z tym, że do muzyki takiej jak ta podchodzę w taki sposób, że doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie za miesiąc nawet nie będę już o tym utworze pamiętał, a nawet jeśli chodzi o ten album, to nie zapuszczam się dalej niż na singla. Nie warto. Ale kawałek jest na tyle w porządku, że słysząc go pierwszy raz w Trójce stwierdziłem, że ujdzie i odsłuchałem raz jeszcze na Youtube.
sobota, 5 lipca 2008
Opener kontra... no właśnie co?
Chciałem skonfrontować Opener z jakimś innym polskim festiwalem, ale nie wiem czy to w ogóle możliwe. Woodstock? No proszę was. Co roku to samo. Offestival - no tu już bardziej, z tym, że mysłowicki festiwal nie dysponuje takim budżetem jak impreza Heinekena i przez to wszystko w Parku Słupna jest robione w ogromnym pomniejszeniu. Już nawet nie będę porównywał Openera do jakiś sopockich czy innych festiwali. Chociaż do organizatorów festiwalu TopTrendy można mieć pretensje. Bawią się w coś takiego jak debiuty, to mogliby się postarać. Tak komercyjny festiwal ma szansę wypromować młode zespoły. Dobre zespoły. Patrząc na listę wykonawców, jacy zostali zaproszeni zastanawiam się czy to żart, głupota, a może kpina z ludzi. Nazywanie Manchestera jednym z najlepszych polskich zespołów rockowych młodego pokolenia, jeszcze - o zgrozo - podchodzących zdaniem autorów pod polskie indie inspirowane brit-popem, to już może przyprawić o palpitację serca. No bez jaj. Ten zespół nie ma nic do pokazania. Nic! Żenujący wokal, słabiutkie teksty. W taki sposób neguje się osiągnięcia naszej rodzimej sceny indie. Cholera! Mamy Rentona, mamy Muchy, Cool Kids of Death, Hatifnats, NeLL, The Car is On Fire, Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach. Kurcze, mamy masę dobrych zespołów, a tu się ludziom puszcza takiego gniota. Chociaż jak tak na spokojnie się zastanowić, to przecież większość z tych świetnych zespołów prawie w tym samym czasie występuję dla ponad pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Grają tam, gdzie organizatorzy potrafią ich docenić, uznać. Muchy rozpoczynały wczoraj festiwal Open'er. I to nie na jakiejś bocznej scenie, tylko na głównej! Cool Kids of Death zaś wystąpią dzisiaj również obok największych gwiazd światowego formatu. Na jednej scenie z Interpolem. Wątpię, by jakikolwiek inny polski zespół był tak doceniony. Ach, co do TopTrendów jeszcze. To widzę, że nadal niektórzy lubią się bawić w towarzystwo wzajemnej adoracji. Ja rozumiem, że Nosowska i Hey to klasa sama w sobie, ale nie oszukujmy się, w tym kraju poza nimi są jeszcze inni. Dajmy im szansę. Nudne się to robi. A naiwnie myślałem, że nie powtórzy się historia z ostatniej gali Fryderyków.
I jeszcze jedna sprawa, która mnie zdenerwowała. Kto przyznał patronat nad Open'erem telewizyjnej dwójce? No pytam się kto? Co to ma w ogóle być? W ciągu dnia kilka pięciominutowych wejść na festiwal i późną nocą tak na oko dwudziestominutowa "relacja"? To ma być patronat? Dla porównania - w radiowej Trójce jest około piętnastu godzin (tak! godzin!) relacji na żywo z festiwalu, poza tym non stop grana jest tam taka muzyka, jaką można usłyszeć na festiwalu. I to nie tylko w ten weekend. W Trójce tak gra się zawsze.
A liczyłem, że coś się ruszy w tym naszym światku muzycznym. No i w sumie się rusza, się dzieje. Tylko to, co dobre, hamowane jest przez jakichś kolesi, którzy wszędzie próbują wepchnąć swoich ludzi i dla których nie liczy się to, czy muzyka jest dobra czy zła, tylko to, czy uda się na niej zarobić odpowiednio dużo kasy. A podobno sztuka może być niedoceniana tylko przez ignorantów. Jak widać, niestety, jeszcze dość sporo takich ignorantów się tu i tam pałęta.
Zostawmy ich jednak w spokoju. My skupmy się na dobrej muzyce i cieszmy się, że są jeszcze ludzie tacy jak Agnieszka Szydłowska, Piotr Stelmach czy Artur Rojek, dla których muzyka jest czymś ważnym i robią wiele dobrego dla wypromowania nowej jakości w polskiej muzyce. A jeśli nowa jakość to posłuchajcie Hatifnats i ich kawałka "Waking in the dark", który trafił na trójkowy singiel "Uważaj kochanie". Bardzo ciekawy wokal, interesujące brzmienie. Tak się gra w Polsce indie i post-rocka!
I jeszcze jedna sprawa, która mnie zdenerwowała. Kto przyznał patronat nad Open'erem telewizyjnej dwójce? No pytam się kto? Co to ma w ogóle być? W ciągu dnia kilka pięciominutowych wejść na festiwal i późną nocą tak na oko dwudziestominutowa "relacja"? To ma być patronat? Dla porównania - w radiowej Trójce jest około piętnastu godzin (tak! godzin!) relacji na żywo z festiwalu, poza tym non stop grana jest tam taka muzyka, jaką można usłyszeć na festiwalu. I to nie tylko w ten weekend. W Trójce tak gra się zawsze.
A liczyłem, że coś się ruszy w tym naszym światku muzycznym. No i w sumie się rusza, się dzieje. Tylko to, co dobre, hamowane jest przez jakichś kolesi, którzy wszędzie próbują wepchnąć swoich ludzi i dla których nie liczy się to, czy muzyka jest dobra czy zła, tylko to, czy uda się na niej zarobić odpowiednio dużo kasy. A podobno sztuka może być niedoceniana tylko przez ignorantów. Jak widać, niestety, jeszcze dość sporo takich ignorantów się tu i tam pałęta.
Zostawmy ich jednak w spokoju. My skupmy się na dobrej muzyce i cieszmy się, że są jeszcze ludzie tacy jak Agnieszka Szydłowska, Piotr Stelmach czy Artur Rojek, dla których muzyka jest czymś ważnym i robią wiele dobrego dla wypromowania nowej jakości w polskiej muzyce. A jeśli nowa jakość to posłuchajcie Hatifnats i ich kawałka "Waking in the dark", który trafił na trójkowy singiel "Uważaj kochanie". Bardzo ciekawy wokal, interesujące brzmienie. Tak się gra w Polsce indie i post-rocka!
piątek, 27 czerwca 2008
Californication - kalifornizacja Duchovnego

Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać talent, jaki mają amerykanie do kręcenia kultowych seriali. Podobnie jak nie przestanie mnie nigdy dziwić to, jak wiele świetnych zespołów powstaje w Wielkiej Brytanii. Dzisiaj jednak o serialach tylko będzie, bo czy to się komuś podoba czy nie, są one elementem naszej współczesnej popkultury i tylko ślepiec pełen ignorancji może twierdzić, że jest inaczej. Amerykanie zaserwowali nam już takie świetne seriale jak choćby "Zagubieni", "Prison Break", "Seks w wielkim mieście", "Chirurdzy", "Gotowe na wszystko", czy trochę starszy "Ostry dyżur". To tylko kilka tytułów, a wymieniać można byłoby jeszcze bardzo długo. Największą zaletą tych seriali jest to, że scenarzyści potrafią wymyślić coś, co jest naprawdę ciekawe i jakże różne i o wiele bardziej interesujące od tego, co jest serwowane przez nasze rodzime telewizje, które są w stanie raczyć nas tylko kolejnymi kiczowatymi serialami miłosnymi, albo kryminalnymi. Brak umiaru - to także jest typowe dla naszego rynku. Jeśli chodzi o amerykańskie seriale, to nie kojarzę, by jakikolwiek poza "Przyjaciółmi" doszedł choćby do dziesiątej serii. I dobrze. Dzięki temu nie robią się nudne, a scenarzyści nie muszą sięgać do jakichś żenujących rozwiązań fabularnych. Chociaż tego ostatniego już powoli mamy efekt w "Zagubionych" i coraz częściej może się tam pojawiać pytanie "no, ale ile można z tą wyspą ciągnąć". Jak widać długo. Podobno do siódmej serii nawet.
Zostawmy jednak te seriale, bo teraz na horyzoncie pojawił się nowy, który zdobył moje serce już od pierwszego odcinka. Mowa o fantastycznym "Californication" z Davidem Duchovnym. Co najważniejsze jest to serial, który pozwoli mu wykreować kolejną kultową graną przez siebie postać. Rola Hanka Moody'ego - głównego bohatera "Californication" - może być obok roli Muldera następną, która przejdzie do histori. Poza tym nowowykreowana postać ma predysponuje do tego, by nawet pod pewnymi względami przewyższyć tę z "Archiwum X".
"Californication" opowiada perypetie pisarza, który po niezwykle udanym debiucie przeżywa kryzys twórczy. Do tego dochodzi rozstanie z żoną, problemy z kontaktami z dorastającą córką, kryzys wieku średniego. Same przyjemności chciałoby się powiedzieć. Moody ukojenia próbuje szukać w seksualnych przygodach z przypadkowo poznanymi dziewczynami na jedną noc. Do tego dochodzą narkotyczne i alkoholowe eksperymenty.
Serial oferuje nam coś, czego nie uświadczymy w naszych rodzimych serialach. Co na przykład? Choćby inteligentne dialogi, które obfitują w tuziny odniesień do popkultury, do świata muzyki i literatury. Dialogi są autentycznie zabawane, momentami dosadne, chwilami lekko chamskie, czasami sarkastyczno-ironiczne, zdarza się, że też gorzkie i refleksyjne. Brawo, brawo i jeszcze raz brawo.
"Californication" jest kontrowersyjne. Oj tak, i to bardzo. Za przykład niech posłuży choćby scena z pierwszego odcinka, w której Hank śni o seksie oralnym z zakonnicą, uprawianym w kościele. Nic dziwnego, że serial w pewnych kręgach wywołuje oburzenie. Tylko, że to oburzenie moim zdaniem wynika po prostu z niezrozumienia, bo jeśli już padają jakieś żarty z religii, to bardziej z jej głupich zewnętrznych przejawów niż z zasad, które dla danej religii są najważniejsze. Nikt tu nie naśmiewa się z wiary. Padają żarty, ale w stylu mniej więcej takim: "Nie wolno wymawiać imienia Pana Boga na daremno.; Kto Ci wciska takie frazesy?". Nic strasznego. Więc trochę nie rozumiem powszechnego oburzenia.
Warto zwrócić uwagę na jeden fakt. Na pierwszy rzut oka może wydawać się, że jest to opowieść o skrajnie wyzwolonym facecie, wręcz zdesperowanym nieco. Nie do końca jednak tak jest. Hank kocha jedną kobietę i tak naprawdę to cały czas chce do niej wrócić, a wszystkie te seksualne uniesienia traktuje bardziej jako środek, który ma mu pomóc w zapomnieniu. Poza tym kocha swoją córkę nad życie i jest gotów dla niej zrobić wszystko. Troszkę takich tradycyjnych wartości też jest tu więc przemycanych, ale w bardzo fajny sposób. Uwspółcześniony, zliberalizowany, w ogóle nie rażący.
Serial uzależnia. Cholernie. Wciąga już po pierwszym odcinku. Wróżę mu miano kultowego. A dialogi z poszczególnych odcinków na pewno wejdą do użycia w pewnych kręgach. Jak na razie jeden z lepszych tekstów jak wyłapałem w "Kalifornizacji" to ten: "Miło to by było, gdybym potrafił sobie obciągać w takt muzyki beatlesów". Może wyrwane z kontekstu nie brzmi tak dobrze jak w oryginale, ale i tak jakiś urok ma.
"Californizację" szczerze polecam, a na dobranoc kawałek Red Hot Chilli Peppers pod tym samym tytułem:
sobota, 21 czerwca 2008
Poirlandzki klimat
Irlandczycy spieprzyli sprawę. Dokumentnie. Wszyscy. Począwszy od polityków, a na wyborcach, którzy poszli do urn zagłosować w sprawie przyjęcia, czy też może raczej powinienem powiedzieć odrzucenia, traktatu reformującego Unię Europejską - powstałego na zgliszczach niedoszłej Konstytucji Europejskiej. Dlaczego mówię, że rozczarowali politycy? Ponieważ największą głupotą, jaką można sobie wyobrazić, jest oddanie tak ważnej sprawy pod głosowanie niezorientowanemu społeczeństwu, które coś tam wie, coś tam słyszało, coś tam czytało, ale tak na dobrą sprawę nie ma pojęcia czym tak naprawdę jest ów traktat. Nie oszukujmy się. Pewnie nikt z tych wyborców nie przeczytał blisku trzystu stron wypocin europejskich polityków. Kto bowiem lubi czytać ustawowy bełkot. Z własnego doświadczenia wiem, że to nic przyjemnego, więc śmiało mogę powiedzieć, że pewnie poza wąską grupą, która ma jakiś spaczony system hedonistycznych potrzeb - nikt. A jak dobrze wiadomo niewiedza, niezrozumienie, prowadzą do niechęci czy czasami wręcz agresji. Czyli wniosek jest banalnie prosty - społeczeństwo nie rozumiejąc do końca w jakim kierunku będzie zmierzało ich państwo po zaakceptowaniu traktatu asekuracyjnie wolało powiedzieć "nie" i mieć problem z głowy. No i super. Tylko, że w ten sposób nic nie osiągniemy. My - jako społeczeństwo europejskie, ludzie, którzy chcą, by Europa stała się jednym krajem, a nie poletkiem nacjonalistycznych kłótni z przedkładaniem wydumanego interesu narodowego ponad dobro wspólne. Ale skąd wniosek, że traktat został odrzucony z niewiedzy? Z badań. Oczywiście nie moich. Profesor amsterdamskiego uniwersytetu przeprowadził badania na społeczeństwach krajów, które wcześniej odrzuciły projekt Konstytucji Europejskiej. Z jego badań jasno wynika, że około 30% osób zagłosowało na "nie" ponieważ nie wiedziało dokładnie o co w tym wszystkim chodzi, w jakim kierunku będzie zmierzała Unia, co się zmieni. I identycznie było teraz w Irlandii - tamtejszy ciemnogród straszył aborcjami, eutanazjami, związkami homoseksualnymi, no i prosty lud w to uwierzył. Szansa na jakąś sensowną reformę Unii nie została może zaprzepaszczona, ale bardzo skutecznie wyhamowana.
Czemu sensowna reforma? Ponieważ obecnie Unia Europejska powoli staje się zbitkiem państw, w którym każdy kraj ciągnie w swoją stronę, a wspólne komitywy największych państw członkowskich zaczynają decydować za wszystkich. A przecież nie o to w tym wszystkim szło. Musi być wypracowany jakiś wspólny kurs, którym podążać będzie Unia jako całość. Potrzebny jest urząd Prezydenta UE, potrzebny jest urząd Ministra Spraw Zagranicznych Unii Europejskiej. Jeśli nie będzie wspólnej polityki międzynarodowej to Unia nigdy nie będzie miała szans na prowadzone skutecznej polityki wobec takich mocarstw jak USA, Chiny czy Rosja. Właśnie, Rosja. Kraj, który chyba najbardziej cieszy się z odrzucenia traktatu przez Irlandczyków. Przecież im jest to jak najbardziej na rękę. Im bardziej skłócona jest bowiem Unia, tym więcej oni mogą ugrać dla siebie. Czy to tak trudno naprawdę dostrzec?
Mjuzik na dziś. Electropunkowo będzie. I brytyjsko zarazem. The Fourth Criminal. Wczoraj wystąpili w radiowej Trójce. Nie są jeszcze za bardzo znani w Wielkiej Brytanii ani tym bardziej w Polsce. Jednak brzmią ciekawie. Jednego fajnego kawałka możecie posłuchać na przykład na last.fm tutaj.
Czemu sensowna reforma? Ponieważ obecnie Unia Europejska powoli staje się zbitkiem państw, w którym każdy kraj ciągnie w swoją stronę, a wspólne komitywy największych państw członkowskich zaczynają decydować za wszystkich. A przecież nie o to w tym wszystkim szło. Musi być wypracowany jakiś wspólny kurs, którym podążać będzie Unia jako całość. Potrzebny jest urząd Prezydenta UE, potrzebny jest urząd Ministra Spraw Zagranicznych Unii Europejskiej. Jeśli nie będzie wspólnej polityki międzynarodowej to Unia nigdy nie będzie miała szans na prowadzone skutecznej polityki wobec takich mocarstw jak USA, Chiny czy Rosja. Właśnie, Rosja. Kraj, który chyba najbardziej cieszy się z odrzucenia traktatu przez Irlandczyków. Przecież im jest to jak najbardziej na rękę. Im bardziej skłócona jest bowiem Unia, tym więcej oni mogą ugrać dla siebie. Czy to tak trudno naprawdę dostrzec?
Mjuzik na dziś. Electropunkowo będzie. I brytyjsko zarazem. The Fourth Criminal. Wczoraj wystąpili w radiowej Trójce. Nie są jeszcze za bardzo znani w Wielkiej Brytanii ani tym bardziej w Polsce. Jednak brzmią ciekawie. Jednego fajnego kawałka możecie posłuchać na przykład na last.fm tutaj.
niedziela, 8 czerwca 2008
Wszystko gra (Match point)

Ten film obejrzałem z trzech powodów. Po pierwsze osoba Woody'ego Allena, jako odpowiedzialnego za stworzenie tego dzieła mogła gwarantować dobre kino. Obsadzenie w głównej roli Scarlett Johansson to już w ogóle sam w sobie wystrczający argument, by mnie do czegoś przekonać. No a po trzecie sama fabuła też wydała mi się z zajawki w miarę ciekawa. No to po tym wstępie zapraszam do lektury mojej recenzji, która została opublikowana w Elkander.pl:
"Wszystko gra" ("Match Point") to jeden z najnowszych filmów Woody'ego Allena. To także jeden z pierwszych jego obrazów, w którym odszedł od tak typowego dla siebie schematu - komedii osadzonej w realiach nowojorskiego Manhattanu. Poza tym "Wszystko gra" jest dopiero bodaj trzecim filmem, w którym sam Allen nawet przez chwilę nie pokazuje się na ekranie.
Skoro nie komedię, co więc serwuje nam ten wybitny reżyser? Dosyć ciężki thriller z elementami filmu psychologicznego. Oczywiście pewne akcenty komiczne również w dziele się pojawiają - są to już tylko jednak malutkie smaczki.
Jeśli chodzi o samą fabułę, to nie jest ona może nie wiadomo jak oryginalna, ale poprowadzona w taki sposób, że nawet pewne potknięcia czy uproszczenia fabularne nie rażą. Allen porusza w swoim dziele problem stary jak świat - mówi o tym, że wszystkim rządzą pieniądze i to one warunkują nasze życie. Do tego dochodzi motyw młodego instruktora tenisa - Chrisa, który wywodzi się z biednej irlandzkiej rodziny. To, do czego doszedł już w życiu, zawdzięcza jedynie sobie i swojemu uporowi w dążeniu do z góry określonego celu. Szansa na zmianę życia otwiera się, gdy na korcie poznaje Toma. Panów połączy wspólna pasja do opery, poza tym w Chrisie zakocha się siostra Toma. Drzwi do brytyjskiego establishmentu zostały otwarte.
Całość w tym miejscu.
I może jeszcze jakiś motyw muzyczny. The Ting Tings i kawałek "That's Not My Name". Popowe do bólu, ale jakże inne od tego koimercyjnego popu, który można usłyszeć w komercyjnych rozgłośniach. Polecam.
piątek, 30 maja 2008
Rewolucje seksualna i obyczajowa, i jaka tam chcecie
Ostatnio z moim znajomym starliśmy się poglądami na sprawę rewolucji seksualnej i obyczajowej. Oczywiście ja okopałem się w okowach tak zwanego postępu i nowoczesności, on zaś tak zwanego konserwatyzmu. Nie trudno odgadnąć, że do żadnego sensownego kompromisu nie doszliśmy. Poza jednym. Że początkowe założenia ruchu emancypacyjnego kobiet były jak najbardziej pozytywne, bo dążył do wyzwolenia kobiety z różnych społecznych więzów, a co najważniejsze, był to ruch, który zapewnił kobietom możliwość aktywnego uczestniczenia w kształtowaniu sceny politycznej. Jeśli chodzi o prawa wyborcze, to tutaj ten ruch nie ma praktycznie żadnych przeciwników. No może poza tak skrajnymi konserwatystami jak Korwin-Mikke, który najchętniej widziałby kobiety tylko przy garach, a powrót porypanych wartości patriarchalnych uznałby - obok cudu gospodarczego - za największy dopust boży. Zostawmy jednak tego pana w spokoju. Głównym zarzutem mojego znajomego było rzekomo zbyt duże wyzwolenie kobiet, niezgadzanie się z ruchami feministycznymi. Nie podobało mu się także obecne traktowanie kobiety jako produktu i obiektu pożądania. Ok, no to mamy naświetlony problem z jednej strony. I wystarczy. Teraz moje zdanie na ten temat. W miarę od początku postaram się zacząć, choć pewnie jak zwykle z piętnaście dygresji po drodze zrobię. Generalnie nie podoba mi się krytykowanie ruchu feministycznego, bo przy tych wszystkich "ale", jakie mogę mieć pod jego adresem, to zapisał się on bardzo chlubnie w naszej historii. Kobieta przestała być bezbronną istotą ciągle komuś podporządkowaną. Przypomnę tylko, że nawet wybitni ludzie zawsze mieli jakieś niezdrowe fascynacje do uzależniania kobiety. Nawet taki Napoleon nazywał ją w swoim kodeksie "wieczyście małoletnią" i w wielu aspektach pozbawiał możliwości samodecydowania o sobie. Tylko oczywiście tutaj można zaraz wytoczyć jako kontrargument przykład skrajnego samodecydowania, skrajnej niezależności, który przejawiał się nawet w czymś takim, jak ruch, który propagował maksymalną dowolność w samozadowalaniu się kobiet. Dosłownie. Tak, tak, działo się coś takiego w Stanach Zjednoczonych kiedyś. W sumie nic w tym złego, tylko sposób w jaki było to sprzedawane, cała ta otoczka filozoficzna, była jakaś taka pseudobuntownicza w stosunku do całego męskiego świata.
Z kolei jeśli mówimy o traktowaniu kobiety jako produktu czy obiektu pożądania, to mamy do czynienia raczej z zupełnie inną sprawą. Bo z rewolucją feministek niewiele ma to wspólnego, które raczej zdecydowanie bronią się przed takim traktowaniem. Tutaj bardziej możemy mówić o czymś, co szumnie przez postępowych dziennikarzy jest nazywane rewolucją obyczajową czy seksualną. Tylko jakaś marna ta rewolucja w sumie była i jest. Niby powinno to być widoczne na każdym kroku, a osobiście mam wrażenie, że po prostu więcej się wokół tego robi szumu w mediach, niż jest to tego warte. To co widać w normalnym życiu z tej rewolucji, to tylko to, że zmieniło się podejście do rozmów o seksie. To już nie jest temat tabu, o którym mówimy po cichu i z zażenowaniem.
Kobiety jako produkt. Rozdmuchane hasło. Seks się sprzedaje i to jest tak oczywiste, jak to, że Ziemia jest okrągła (eliptyczna?). Tylko co w tym złego? Ja w tym nic złego nie widzę. Jeśli coś działa na klientów, to dlaczego tego nie stosować? Skoro wiadomo, że ładna kobieta przyciąga wzrok, to czemu udawać, że tak nie jest? Co osiągniemy taką fałszywą poprawnością? Pewnie nic. Więc dajmy sobie z tym spokój i dopóki tylko nie przybiera to jakichś zniesmaczających form, to nie ma w tym - według mnie - nic złego.
A że kobiety są obiektami pożądania? No litości, a kiedy nie były? Jeśli tylko nie miały dwudziestu kilogramów nadwagi i nie były brzydkie, to chyba zawsze. Oczywiście ideał piękna zmieniał się na przestrzeni wieków. Ale na pewno nie mam tutaj ochoty pisać o rubbensowskich kształtach, bo taki to dla mnie ideał piękna, jak z Dody dobra piosenkarka.
Poza tym, przy okazji takich rozważań kojarzy mi się jeszcze konflikt dwóch światów - cywilizacji zachodniej i Wschodu. Pod pojęciem "wschód" dla uproszczenia pozwolę sobie pisać jednocześnie o Islamie oraz świecie hinduskim, o którym ostatnio też sporo zdarzyło mi się słyszeć. Moje sympatie, oczywiste to chyba jest, są zdecydowanie po stronie naszej cywilizacji. Cywilizacji postępu i nowoczesności. Czasami trochę bezmyślnego postępu, ale generalnie jak najbardziej pozytywnego. Jakoś nie potrafię doszukać się piękna ani w konserwatywnej tradycji Indii, ani w zaścianku ideologicznym jakim dla mnie jest Islam. Nie rozumiem przy tym tych wszystkich obrońców Islamu, tych wszystkich dziennikarzy, którzy niczym na zamówienie produkują teksty o tym, jaki to Islam jest wspaniały, jaki tolerancyjny. Litości, skończmy z tymi bredniami. Islam jak większość religii krępuje pozycje kobiety. Co ja piszę, przecież nawet w chrześcijaństwie pozycja kobiet nigdy nie była tak zła, jak tam. W chrześcijaństwie nigdy nie było fanatyzmu religijnego na taką skalę jak w Islamie. Przypomnę bowiem tylko, że osławione krucjaty wcale nie były szerzeniem wiary. To były po prostu wyprawy mające przynieść zysk czy to polityczny, czy materialny. Ja ogólnie nie podzielam jakichś zbiorowych zachwytów nad tradycją. Czasami posuwam się nawet do świadomego egoizmu. Oczywistym przecież jest to, że zdaję sobie sprawę z tego, że to do czego doszliśmy obecnie jest wynikiem pracy wielu pokoleń. Tylko wkurza mnie takie ślepe zapatrywanie się w te wartości. Wartości, które w ogromnym stopniu już się zdewaluowały i nijak nie mogą być przenoszone do świata nam współczesnego. Każdy wiek, każde pokolenie ma swoje prawa. Każda wybitna osoba - coby daleko nie szukać, choćby Mickiewicz - nawołuje do tego, by iść z duchem czasu, że młodość musi mieć swoje prawa i marzenia. Jeśli bowiem MY nie będziemy wierzyć w taką utopię, że ten świat może stać się lepszym miejscem dla wszystkich, to kto ma w to, do cholery, wierzyć?
I na zakończenie nowomodni The Teenagers i ich piosenka zadedykowana Scarlett Johansson. Do dedykacji chłopaków oczywiście się przyłączam:
Z kolei jeśli mówimy o traktowaniu kobiety jako produktu czy obiektu pożądania, to mamy do czynienia raczej z zupełnie inną sprawą. Bo z rewolucją feministek niewiele ma to wspólnego, które raczej zdecydowanie bronią się przed takim traktowaniem. Tutaj bardziej możemy mówić o czymś, co szumnie przez postępowych dziennikarzy jest nazywane rewolucją obyczajową czy seksualną. Tylko jakaś marna ta rewolucja w sumie była i jest. Niby powinno to być widoczne na każdym kroku, a osobiście mam wrażenie, że po prostu więcej się wokół tego robi szumu w mediach, niż jest to tego warte. To co widać w normalnym życiu z tej rewolucji, to tylko to, że zmieniło się podejście do rozmów o seksie. To już nie jest temat tabu, o którym mówimy po cichu i z zażenowaniem.
Kobiety jako produkt. Rozdmuchane hasło. Seks się sprzedaje i to jest tak oczywiste, jak to, że Ziemia jest okrągła (eliptyczna?). Tylko co w tym złego? Ja w tym nic złego nie widzę. Jeśli coś działa na klientów, to dlaczego tego nie stosować? Skoro wiadomo, że ładna kobieta przyciąga wzrok, to czemu udawać, że tak nie jest? Co osiągniemy taką fałszywą poprawnością? Pewnie nic. Więc dajmy sobie z tym spokój i dopóki tylko nie przybiera to jakichś zniesmaczających form, to nie ma w tym - według mnie - nic złego.
A że kobiety są obiektami pożądania? No litości, a kiedy nie były? Jeśli tylko nie miały dwudziestu kilogramów nadwagi i nie były brzydkie, to chyba zawsze. Oczywiście ideał piękna zmieniał się na przestrzeni wieków. Ale na pewno nie mam tutaj ochoty pisać o rubbensowskich kształtach, bo taki to dla mnie ideał piękna, jak z Dody dobra piosenkarka.
Poza tym, przy okazji takich rozważań kojarzy mi się jeszcze konflikt dwóch światów - cywilizacji zachodniej i Wschodu. Pod pojęciem "wschód" dla uproszczenia pozwolę sobie pisać jednocześnie o Islamie oraz świecie hinduskim, o którym ostatnio też sporo zdarzyło mi się słyszeć. Moje sympatie, oczywiste to chyba jest, są zdecydowanie po stronie naszej cywilizacji. Cywilizacji postępu i nowoczesności. Czasami trochę bezmyślnego postępu, ale generalnie jak najbardziej pozytywnego. Jakoś nie potrafię doszukać się piękna ani w konserwatywnej tradycji Indii, ani w zaścianku ideologicznym jakim dla mnie jest Islam. Nie rozumiem przy tym tych wszystkich obrońców Islamu, tych wszystkich dziennikarzy, którzy niczym na zamówienie produkują teksty o tym, jaki to Islam jest wspaniały, jaki tolerancyjny. Litości, skończmy z tymi bredniami. Islam jak większość religii krępuje pozycje kobiety. Co ja piszę, przecież nawet w chrześcijaństwie pozycja kobiet nigdy nie była tak zła, jak tam. W chrześcijaństwie nigdy nie było fanatyzmu religijnego na taką skalę jak w Islamie. Przypomnę bowiem tylko, że osławione krucjaty wcale nie były szerzeniem wiary. To były po prostu wyprawy mające przynieść zysk czy to polityczny, czy materialny. Ja ogólnie nie podzielam jakichś zbiorowych zachwytów nad tradycją. Czasami posuwam się nawet do świadomego egoizmu. Oczywistym przecież jest to, że zdaję sobie sprawę z tego, że to do czego doszliśmy obecnie jest wynikiem pracy wielu pokoleń. Tylko wkurza mnie takie ślepe zapatrywanie się w te wartości. Wartości, które w ogromnym stopniu już się zdewaluowały i nijak nie mogą być przenoszone do świata nam współczesnego. Każdy wiek, każde pokolenie ma swoje prawa. Każda wybitna osoba - coby daleko nie szukać, choćby Mickiewicz - nawołuje do tego, by iść z duchem czasu, że młodość musi mieć swoje prawa i marzenia. Jeśli bowiem MY nie będziemy wierzyć w taką utopię, że ten świat może stać się lepszym miejscem dla wszystkich, to kto ma w to, do cholery, wierzyć?
I na zakończenie nowomodni The Teenagers i ich piosenka zadedykowana Scarlett Johansson. Do dedykacji chłopaków oczywiście się przyłączam:
Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki

Na Elkanderze pojawiła się moja nowa recenzja poświęcona najnowszej odsłonie filmów z cyklu o Indianie Jonesie. Do lektury serdecznie zapraszam.
Po 19 latach na ekrany kin powrócił najbardziej znany archeolog świata - Indiana Jones. Cykl krucjat Indiy'ego stał się już kultowym, a film, tworzony głównie z myślą zapewnienia widzom tylko rozrywki, obrósł w legendę, z którą teraz postanowiono się zmierzyć. Co za tym idzie, oczekiwania wobec "Indiany Jonesa i Królestwa Kryształowej Czaszki" były ogromne. Może to być zabójcze dla filmu, bowiem jeśli ktoś wyimaginuje sobie niewiadomo jak idealne dzieło idąc na ten film, może się zawieść. Najnowsza odsłona filmu z Harrisonem Fordem nie jest niczym oryginalnym ani genialnym. Zauważmy jednak, że poprzednie filmy o panu archeologu również nie aspirowały do miana arcydzieł kinematografii. Miały być to filmy zapewniające bardzo dobrą rozrywkę - i jeśli tak podejdziemy do całej serii, w tym do najnowszej części, to na pewno się nie rozczarujemy.
Czytaj dalej...
środa, 21 maja 2008
Adam Michnik - spotkanie z Redaktorem Naczelnym Wyborczej
Miałem dzisiaj niekłamana przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z wybitnym - według mnie - dziennikarzem, jakim jest Adam Michnik - redaktor naczelny "Gazety Wyborczej". Spotkanie odbyło się w auli Uniwersytetu Śląskiego. Swoją drogą, lekka wtopa Śląskiego. Wiedząc - a przynajmniej spodziewając się tego, że na spotkanie z kimś takim jak Michnik przyjdzie na pewno dużo osób, mogli zorganizować całą imprezę w innym miejscu. Choćby w którejś z auli wydziału prawa. Raz, że dużo większa, a dwa, że bardziej reprezentatywna. Ale to szczegół. Michnik pojawił się na Śląskim z dwóch powodów. Pierwszym było zaproszenie do poprowadzenia wykładu o wizji lepszej Polski, czy czegoś w tym stylu, mniejsza z dokładną nazwą. Najważniejsze, by oddać sens o czym to było, a nie przerzucać się zbędnymi tytułami. Drugim powodem na pewno była chęć promowania swojej nowej książki "W poszukiwaniu utraconego sensu". Co ciekawie, wcale tak dużo o niej nie mówił i w związku z tym nie można mu zarzucić, że na siłę zmuszał kogoś do dokonania zakupu.
Redaktor naczelny Wyborczej mówił więc między innymi o granicach wolności w demokratycznym państwie. Temat bardzo aktualny i istotny, szczególnie w świetle ostatnich wydarzeń - mam tutaj na myśli groźby IPN-u pod adresem Wałęsy. Takie rzeczy tylko w Polsce. Tylko u nas pluje się na autorytet taki, jakim jest były prezydent. Tylko u nas kopie się osobę, która otrzymała Nagrodę Nobla. Tylko u nas nie potrafi się uszanować osoby, która szanowana jest we wszystkich innych krajach zachodniej Europy. Takie rzeczy tylko w Polsce.
Michnik poruszył także kwestię lustracji. Wyjaśnił przy tym o co mu chodzi z tą całą lustracją. Wyjaśnił, bo niektórzy są tak mało inteligentni, że nie potrafią zrozumieć za pierwszym razem. Nigdy bowiem Adam Michnik nie był przeciwny lustracji w kontekście ukarania zbrodniarzy komunistycznych. Tylko, jak mówił, od tego są sądy i żadna gra teczkami nie jest tutaj potrzebna. Poza tym, litości, ile można bawić się w lustrację. To już nudne się robi. Mnie naprawdę niewiele obchodzi to, czy ktoś był agentem 40 lat temu czy nie. Jakie, do cholery, ma to znaczenie teraz? Odmieni to kraj? Wpłynie na rozwój gospodarczy? Bez jaj...
Ciekawą sprawą, którą poruszył Adam Michnik była także kwestia podchodzenia obecnie do pewnych wydarzeń z naszej historii. Jak to słusznie zostało zauważone odbywa się w to sposób bardzo prostacki, bez analizowania kontekstu historycznego i społecznego. Nie można przecież oceniać pewnych czynów pewnych osób z naszej perspektywy, dysponując wiedzą taką, jaką my dysponujemy teraz. My wiemy to teraz, osoby, które dokonywały pewnych czynów wtedy, tej wiedzy nie miały. Łatwo więc teraz prawicowym bojownikom wykrzykiwać, że zdrajcy, że komuchy, że agenci, że lustrować, że ukarać. Litości. Sprawa okrągłego stołu - teraz, analizując tę sprawę, możemy powiedzieć, że ok, można było to rozwiązać inaczej. Ale jeszcze kilkanaście lat temu nikt nie wierzył, że komunizm upadł. Poza tym - według mnie - rozwiązania kompromisowe, pokojowe są najlepszymi, jakie można sobie wymarzyć. Poza tym nie oszukujmy się. Okrągły stół to już nie było porozumienie z komunistami. Żaden z obecnych tam "komunistów" nie wierzył przecież już w te wypaczone idee Marksa i Engelsa.
Michnik - Rydzyk. Oczywiście. Przecież nie obyłoby się bez tego konfliktu. Agenci środowisk Radia Maryja nawiedzili również to spotkanie. Niestety, marnie się popisali. Nie dość, że ich czołowy przedstawiciel wykazał się ogromnym chamstwem i bezczelnością przerywając wykład Michnikowi na samym początku, to jeszcze poniżył się sam dodatkowo swoją głupotą. Posługiwał się jedynie wyświechtanymi frazesami i banałami, że żydzi, że niemieckie media, że układ, że front i tego typu idiotyzmy. Głupota ludzka nigdy nie umrze - jak to słusznie zauważył Michnik.
Generalnie to chyba tyle, na co chciałem szczególnie zwrócić uwagę. Podkreślę raz jeszcze, że cały wykład był niezwykle interesujący, ciekawy, intrygujący i merytoryczny. Michnik poraz kolejny udowodnił, że mimo licznych szykan pod jego adresem jest świetny dziennikarzem i, walnijmy tu banał, autorytetem dla pewnych środowisk.
Korzystając z okazji, pozwolę sobie na poszerzenie tego zagadnienia. Przy okazji lans własnej osoby. Na pierwszy ogień niech pójdzie recenzja książki "Michnikowszczyzna" Rafała A. Ziemkiewicza, którą miałem przyjemność zrecenzować:
Rafał A. Ziemkiewicz "michnikowszczyzną" nazywa "nie tylko zespół głoszonych przez Michnika tez i postulowanych przez niego zachowań", ale również grono osób, które, zdaniem autora, współtworzą jego propagandową linię w "Gazecie Wyborczej". Czy faktycznie, tak jak twierdzi publicysta, możemy mówić o takim zjawisku i o tak dużej skali, jaką rzekomo ono przybrało? Cóż, wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie nawet po lekturze tej książki nie będzie do końca oczywista, bo jedni - jak zresztą sam autor pisze - będą chcieli oddać Michnikowi sprawiedliwość, drudzy zaś ją wymierzyć.
Wątpliwości raczej nie może budzić to, że Michnik stał się dla wielu osób pewną wyrocznią moralną i przewodnikiem, który na łamach "Wyborczej" lansował takie wartości jak tolerancja, nowoczesność, rozwój, europeizację polskiego społeczeństwa i wiele innych postulatów. Michnik bardzo ostro wypowiadał się również o "prawicowym ciemnogrodzie" czy dekomunizacji pewnych struktur politycznych. Do dalszej lektury zapraszam w to miejsce.
Polecam również mój artykuł "Od Michnika do Rydzyka":
Już od kilku lat toczy się w Polsce spór między dwoma wielkimi demagogami. Z jednej strony jest liberalno-lewicowy Michnik, który na łamach swej "Gazety Wyborczej" propaguje pewne wartości i zarazem wyśmiewa tak zwany prawicowy ciemnogród. Na łamach swego pisma tworzy również linię propagandy, która przyczynia się do rozpowszechnienia wśród rządu dusz, nad którym sprawuje pieczę, głoszonych przezeń poglądów. Z drugiej strony jest Rydzyk, który dzięki swemu skrajnie prawicowemu radiu zasiewa wśród wiernych radiosłuchaczy ziarno zatrważających informacji. Informacji, które przez pewne grono osób traktowane są jak dogmaty. Ludzie, którzy się z poglądami Rydzyka nie zgadzają, zawsze przecież mogą być, w mniemaniu słuchaczy Radia Maryja, wyzwani od Żyda czy masona. A całość tutaj.
Nie może również zabraknąć motywu muzycznego na dziś. A dzisiaj słuchamy The Sunshine Underground w nagraniu "Borders". Jak dla mnie świetny, taneczny, bardzo energetyczny i żywiołowy zespół. Warto się z nim bliżej zapoznać - jeśli ktoś lubi dobrą muzykę, indie, electro-rock, dance-punk, czy coś w tym stylu.
Redaktor naczelny Wyborczej mówił więc między innymi o granicach wolności w demokratycznym państwie. Temat bardzo aktualny i istotny, szczególnie w świetle ostatnich wydarzeń - mam tutaj na myśli groźby IPN-u pod adresem Wałęsy. Takie rzeczy tylko w Polsce. Tylko u nas pluje się na autorytet taki, jakim jest były prezydent. Tylko u nas kopie się osobę, która otrzymała Nagrodę Nobla. Tylko u nas nie potrafi się uszanować osoby, która szanowana jest we wszystkich innych krajach zachodniej Europy. Takie rzeczy tylko w Polsce.
Michnik poruszył także kwestię lustracji. Wyjaśnił przy tym o co mu chodzi z tą całą lustracją. Wyjaśnił, bo niektórzy są tak mało inteligentni, że nie potrafią zrozumieć za pierwszym razem. Nigdy bowiem Adam Michnik nie był przeciwny lustracji w kontekście ukarania zbrodniarzy komunistycznych. Tylko, jak mówił, od tego są sądy i żadna gra teczkami nie jest tutaj potrzebna. Poza tym, litości, ile można bawić się w lustrację. To już nudne się robi. Mnie naprawdę niewiele obchodzi to, czy ktoś był agentem 40 lat temu czy nie. Jakie, do cholery, ma to znaczenie teraz? Odmieni to kraj? Wpłynie na rozwój gospodarczy? Bez jaj...
Ciekawą sprawą, którą poruszył Adam Michnik była także kwestia podchodzenia obecnie do pewnych wydarzeń z naszej historii. Jak to słusznie zostało zauważone odbywa się w to sposób bardzo prostacki, bez analizowania kontekstu historycznego i społecznego. Nie można przecież oceniać pewnych czynów pewnych osób z naszej perspektywy, dysponując wiedzą taką, jaką my dysponujemy teraz. My wiemy to teraz, osoby, które dokonywały pewnych czynów wtedy, tej wiedzy nie miały. Łatwo więc teraz prawicowym bojownikom wykrzykiwać, że zdrajcy, że komuchy, że agenci, że lustrować, że ukarać. Litości. Sprawa okrągłego stołu - teraz, analizując tę sprawę, możemy powiedzieć, że ok, można było to rozwiązać inaczej. Ale jeszcze kilkanaście lat temu nikt nie wierzył, że komunizm upadł. Poza tym - według mnie - rozwiązania kompromisowe, pokojowe są najlepszymi, jakie można sobie wymarzyć. Poza tym nie oszukujmy się. Okrągły stół to już nie było porozumienie z komunistami. Żaden z obecnych tam "komunistów" nie wierzył przecież już w te wypaczone idee Marksa i Engelsa.
Michnik - Rydzyk. Oczywiście. Przecież nie obyłoby się bez tego konfliktu. Agenci środowisk Radia Maryja nawiedzili również to spotkanie. Niestety, marnie się popisali. Nie dość, że ich czołowy przedstawiciel wykazał się ogromnym chamstwem i bezczelnością przerywając wykład Michnikowi na samym początku, to jeszcze poniżył się sam dodatkowo swoją głupotą. Posługiwał się jedynie wyświechtanymi frazesami i banałami, że żydzi, że niemieckie media, że układ, że front i tego typu idiotyzmy. Głupota ludzka nigdy nie umrze - jak to słusznie zauważył Michnik.
Generalnie to chyba tyle, na co chciałem szczególnie zwrócić uwagę. Podkreślę raz jeszcze, że cały wykład był niezwykle interesujący, ciekawy, intrygujący i merytoryczny. Michnik poraz kolejny udowodnił, że mimo licznych szykan pod jego adresem jest świetny dziennikarzem i, walnijmy tu banał, autorytetem dla pewnych środowisk.
Korzystając z okazji, pozwolę sobie na poszerzenie tego zagadnienia. Przy okazji lans własnej osoby. Na pierwszy ogień niech pójdzie recenzja książki "Michnikowszczyzna" Rafała A. Ziemkiewicza, którą miałem przyjemność zrecenzować:
Rafał A. Ziemkiewicz "michnikowszczyzną" nazywa "nie tylko zespół głoszonych przez Michnika tez i postulowanych przez niego zachowań", ale również grono osób, które, zdaniem autora, współtworzą jego propagandową linię w "Gazecie Wyborczej". Czy faktycznie, tak jak twierdzi publicysta, możemy mówić o takim zjawisku i o tak dużej skali, jaką rzekomo ono przybrało? Cóż, wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie nawet po lekturze tej książki nie będzie do końca oczywista, bo jedni - jak zresztą sam autor pisze - będą chcieli oddać Michnikowi sprawiedliwość, drudzy zaś ją wymierzyć.
Wątpliwości raczej nie może budzić to, że Michnik stał się dla wielu osób pewną wyrocznią moralną i przewodnikiem, który na łamach "Wyborczej" lansował takie wartości jak tolerancja, nowoczesność, rozwój, europeizację polskiego społeczeństwa i wiele innych postulatów. Michnik bardzo ostro wypowiadał się również o "prawicowym ciemnogrodzie" czy dekomunizacji pewnych struktur politycznych. Do dalszej lektury zapraszam w to miejsce.
Polecam również mój artykuł "Od Michnika do Rydzyka":
Już od kilku lat toczy się w Polsce spór między dwoma wielkimi demagogami. Z jednej strony jest liberalno-lewicowy Michnik, który na łamach swej "Gazety Wyborczej" propaguje pewne wartości i zarazem wyśmiewa tak zwany prawicowy ciemnogród. Na łamach swego pisma tworzy również linię propagandy, która przyczynia się do rozpowszechnienia wśród rządu dusz, nad którym sprawuje pieczę, głoszonych przezeń poglądów. Z drugiej strony jest Rydzyk, który dzięki swemu skrajnie prawicowemu radiu zasiewa wśród wiernych radiosłuchaczy ziarno zatrważających informacji. Informacji, które przez pewne grono osób traktowane są jak dogmaty. Ludzie, którzy się z poglądami Rydzyka nie zgadzają, zawsze przecież mogą być, w mniemaniu słuchaczy Radia Maryja, wyzwani od Żyda czy masona. A całość tutaj.
Nie może również zabraknąć motywu muzycznego na dziś. A dzisiaj słuchamy The Sunshine Underground w nagraniu "Borders". Jak dla mnie świetny, taneczny, bardzo energetyczny i żywiołowy zespół. Warto się z nim bliżej zapoznać - jeśli ktoś lubi dobrą muzykę, indie, electro-rock, dance-punk, czy coś w tym stylu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)