niedziela, 21 grudnia 2008

Jestem legendą


Willa Smitha od zawsze kojarzyłem z filmami akcji. W tej chwili trudno byłoby mi powiedzieć z kim nie walczył, przeciwko czemu nie występował, od czego chronił ludzkość. Mimo tematyki filmów, w których występuje nie uważam go za słabego aktora. Ponieważ od czasu do czasu zdarzy mu się zagrać w filmie, w którym może udowodnić, że nie jest złym aktorem. Przykładem takim może być właśnie Jestem legendą.
Obraz opowiada dość popularną historię: lekarstwo - mutacja - epidemia - poszukiwanie antidotum. Jednak motyw epidemiczny był dla mnie zawsze bardzo interesujący, a poza tym jest niezwykle nośny. Mimo bowiem tego, że już tyle o tym pisano, tyle filmów nakręcono na ten temat, to każdy kolejny jakiś ciekawy element posiada. Oczywiście świadomie teraz pomijam filmy, które są oczywistymi gniotami i pod pojęciem 'każdy' rozumiem każdy, który oferuje kino na w miarę przyzwoitym poziomie. Nie wymagam od filmów z tego gatunku niewiadomo jakiego poziomu intelektualnych wycieczek.
Wracając do samego "Jestem legendą". Wszystko zaczyna się w 2009 roku, kiedy to wynaleziona zostaje szczepionka przeciwko rakowi. Początkowe badania są niezwykle optymistyczne, gdyż jest skuteczna w stosunku do wszystkich leczonych pacjentów. Czujecie już to wiszące w powietrzu ogromne "ale"? I słusznie. Ale pojawia się problem. Zawarty w szczepionce wirus zaczyna mutować i doprowadza do istnej apokalipsy. Większość ludzi ginie natychmiast, ci, którzy przeżyli zamieniają się pod wpływem zmian genetycznych w bezmyślne i nieczułe - a przynajmniej początkowo myślimy, że takimi są - istoty, które nocami wychodzą na ulice miast, by szukać pożywienia. Reszta ludzkości zmarła. Nikt nie przeżył. Nikt poza dr Nevilem, który ma wrażenie, że jest ostatnim człowiekiem na Ziemi.
Najjaśniejszym punktem całego filmu jest kilkanaście początkowych minut filmu, które robią kapitalne wrażenie. Wizja postapokaliptycznego Nowego Jorku mocno oddziałuje na nasze przeżycia. Wymarłe miasto. Cisza. Pustka. Zniszczone budynki, zarośnięte ulice. A pośród tego wszystkiego jeden człowiek, który próbuje przeżyć, który próbuje zachować resztki normalności. Walczyć z wirusem. Nie poddaje się. Wciąż eksperymentuje, szuka lekarstwa.
W tych momentach Will Smith udowodnił - jak dla mnie - że jest dobrym aktorem. Bardzo dobrze udało mu się oddać uczucia, jakie muszą towarzyszyć samotnemu człowiekowi w wielkim mieście. Generalnie można to odczytać jako pewną szerszą alegorię. Nie tylko przecież samotny jest człowiek naprawdę samotny, gdy nie ma nikogo innego, bo nikt inny już nie żyje. Samotny jest także człowiek w wielkim mieście, gdzie każdy biegnie przed siebie goniąc swoje cele, nie zważając za bardzo na drugiego człowieka.
Kolejnym niezwykle ciekawym pomysłem twórców "Jestem legendą", był motyw pieska, który towarzyszy doktorowi Nevillowi. Ten element wprowadza do filmu odrobinę ciepła. Trochę dziwnie to brzmi, ale tak jest.
Oczywiście nie zabraknie tutaj typowej akcji kojarzonej z filmami z tym aktorem. Jednak po raz pierwszy od dawna nie te elementy będą najistotniejsze. W końcu szybka akcja będzie tylko jakimś dodatkiem do w miarę sensowniejszej fabuły.
"Jestem legendą" nie jest może wybitnym dziełem światowej kinematografii. Nie jest to jednak też film słaby. Jest to kawał porządnego kina akcji z sensowną fabułą, postapokaliptycznym Nowym Jorkiem w tle i motywem samotności. Sądzę, że obraz może spodobać się nawet tym, którzy do tej pory nie kojarzyli jakoś najlepiej Willa Smitha.

Jakoś automatycznie jako motyw na dziś, kojarzący się w pewien sposób z tematyką filmu było "Cold Desert" Kings of Leon z ich ostatniej płyty:

sobota, 20 grudnia 2008

Off Club Festival

Arturowi Rojkowi jeden festiwal muzyczny w roku nie wystarcza. Potrzebuje więcej. I więcej. I ciągle chce więcej. A publika zgodnie mu w tym przyklaskuje. Jak bowiem można byłoby postąpić inaczej skoro w wakacje dostajemy świetny mysłowicki Off Festival, a teraz jeszcze i na jesieni i wiosną mają odbywać się mniejsze klubowe festiwale jednodniowe, na których pojawiać się będzie jedna gwiazda międzynarodowa. Inaugracja tego projektu miała miejsce w miniony czwartek w katowickiej Hipnozie. Miejsce świetnie dobrane, termin też. Jeśli chodzi o zespoły, to odczucia mam mieszane. Bawiło się przy nich doskonale, fajnie pogowało i w ogóle - chociaż część śmiertelnie poważnych osób pisała później w komentarzach na laście, że nieporozumieniem dla nich była grupka pogujących indie dzieciaków. Mój boże. Jak mi przykro, że oni nie potrafią zrozumieć tak prostej rzeczy jak dobra zabawa, jak dowolna forma tejże zabawy. Na samym koncercie było bardzo spoko, każdy bawił się tak jak chciał, więc tym bardziej zaskoczyły mnie później te komentarze. Trochę to popsuło ogólny bardzo pozytywny odbiór.
Ale wracając do muzyki. Jako gwiazda wieczoru wystąpił amerykański Deerhoof. O zespole pierwszy raz usłyszałem dopiero przy okazji tego festiwalu. Na koncercie bawiło mi się przy ich muzyce świetnie, bardzo żywiołowo, bardzo szalenie, bardzo rockowo. Jednak nie mam ochoty do tego wracać teraz. Jak dla mnie po prostu - i tylko - wyśmienity zespół koncertowy. Ale nic więcej. Zgodny jestem nawet się przychylić do opinii, że jest to obecnie jeden z lepszych zespołów koncertowych. Z tym, że jak piszę, tylko do koncertu moja przygoda z tym zespołem się ogranicza. Ot, taka bardzo udana jednorazowa przygoda. No, może jeśli jeszcze raz będą w Kato, to ich nawiedzę. Nic więcej jednak z mojej strony.
Off Club rozpoczął się porządną dawką elekroniki. Ot, takie wyczilałtowanie się przed resztą wieczoru. Kirsten z kolei zaprezentował całkiem niezłą dawkę post punka i post rocka. Kolejną grupą był sextet łączący w swojej twórczości brzmienia z pogranicza rocka i electrojazzu. Jakoś strasznie podjarani wszyscy byli ich występem. Fajnie się poskakało. Ale to by było na tyle.
Generalnie więc była to świetna dawka dobrej rozrywki. Muzyka, przy której można było doskonale poszaleć. Jednak jeśli chodzi o samą stronę muzczyną, to nie rzuciła ona mnie na kolana do tego stopnia, bym teraz stał się wielkim fanem któregoś z tych zespołów.
I trochę przekornie akcentem muzycznym nie będzie żadna z grup, które pojawiły się na tym festiwalu, lecz kapela, którą śmiało zaliczam do najlepszych tegorocznych debiutów - Glasvegas. Ostatnio było "Daddy's Gone", dziś słuchamy "Polmont on my Mind":

środa, 17 grudnia 2008

Scarlett w ambiencie

Czy jest to najlepsza płyta tego roku? Gdzieżby. Czy jest rewolucyjna, odkrywcza? Noo... tak średnio. Czy jest spełnieniem zachcianki? Oj tak, zdecydowanie. Ale czy jest to płyta, której warto posłuchać? Jak najbardziej. Przynajmniej ja z takiego założenia wychodzę. Przyznam się szczerze, że nie sięgnąłem po ten album ze względu na spodziewaną wartość artystyczną. Gdyby utwory scoverowała inna artystka pewnie nawet nie zaszczyciłbym tej informacji swoją uwagą. Ale tutaj nie podarowałbym sobie tego. Czyli już wiemy, że gdyby nie Scarlett, to nie słuchałbym coverów Toma Waitsa w czyimkolwiek innym wykonaniu i jakiejkolwiek aranżacji. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby ta płyta nie miała w sobie tego czegoś, to nie pisałbym o niej i nie słuchałbym jej kilka miesięcy po premierzy. Sama osoba Scarlett Johansson mogła mnie skutecznie zainteresować, by się albumem zainteresować, ale nawet ona nie byłaby w stanie sprawić, bym się katował muzyką, która gwałciłaby moje receptory muzyczne.
Jeśli chodzi o samego Toma Waitsa, który dał temu wszystkiemu początek swoją twórczością, to mam do niego stosunek taki sam jak Scarlett, która po prostu nie może pamiętać tej muzyki, bo to nie nasze pokolenie, a mówienie pokrętnie o tym, że muzyka ta oddziałuje na nią w szczególny sposób jest po prostu próbą zmierzenia się z czymś ambitniejszym, z czymś - jak zwykle w jej przypadku - nieco ponad jej wiek, ponad wszystko co wokoło. W końcu już sam Redford, kręcąc razem z nią "Zaklinacza koni" powiedział, że nigdy nie widział tak dojrzałem trzynastolatki.
Po pierwszych zachwytach płytach sięgnąłem jednak po kilka oryginalnych kawałków Waitsa. Dosłownie odrzuciło mnie od nich. Tak negatywnie nie podziałała na mnie żadna muzyka w ostatnim czasie. Zupełnie nie mój styl i klimat.
Tym większe uznanie muszę wyrazić dla Davida Sitka - tak, tak tego z TV On The Radio! - który nie patyczkował się z muzyką Waitsa i bezlitośnie przerobił ją na ambientowe brzmienia.
Ogólnie trzeba powiedzieć, że Scarlett potrafi otaczać się uznanymi i utalentowanymi osobami. Na gitarze bowiem przygrywa jedna trzecia Yeah Yeah Yeahs, a w chórkach w dwóch utworach udziela się David Bowie, który usłyszał na pewnym spotkaniu, że Scarlett śpiewa, że nagrywa. On zagadał, że fajnie, że mógłby się dołączyć do projektu, ona zakłopotana nie wiedziała co powiedzieć. Koniec końców Bowie sam pojawił się w studiu i dograł te chórki. Kto by pomyślał, że Scarlett taka wstydliwa.
Płyta dosyć długo się rozkręca. Na początku mamy bowiem instrumentalne "Fawn", później wolno wchodzące na obroty "Town with no cheer" i dopiero tutaj słyszymy głos Scarlett. Głos, który może być zarówno wielkim plusem tej płyty, jak i ogromną wadą. Wedle uznania. Można powiedzieć, że śpiewa słabo, że dziwnie, że takie to wszystko nijakie. Proszę bardzo. Ja jednak powiem, że słyszymy wspaniały, seksownie zachrypnięty głos, który w niebanalny sposób potrafi tworzyć fantastyczny nastrój w każdej kompozycji. Takie mistrzowskie połączenie dream popu z ambientowym podkładem.
Album jest pewną opowieścią. Niby piosenki Waitsa, ale słuchając ich w wykonaniu Scarlett mamy wrażenie, że równie dobrze mogłyby to być jej własne słowa, jej opowieść. Jakże prawdziwe przecież muszą być słowa piosenki "I don't want to grow up" - swoją drogą najbardziej przebojowy kawałek na płycie - w której śpiewa, że nie chce dorosnąć, że wciąż, w jakiejś części swojej podświadomości, chce być dzieckiem, które nie musi się tym wszystkim martwić.
Jak dla mnie przefanatastyczne jest jednak samo zakończenie płyty z utworami, które mówią o tym, że nikt nie zorientuje się, gdy odejdziesz, nikt się tym specjalnie na dłuższą metę nie przejmie i utwór z pytaniem 'kim ty tak naprawdę jesteś?'.

Słuchamy. Ostatni utwór z płyty. "Who are you". Z Davidem Sitkiem. Swoją drogą ciekawa sprawa, ostatnio bardzo mocno podobają mi się ostatnie piosenki na różnych płytach. Hm...

Ulysses - you're never going home

I’ll find a new way
Well I’ll find a new way, baby oh...


Franz Ferdinand. Jeden z najlepszych i najciekawszych brzmieniowo zespołów ostatnich lat. Zespół, który, obok Arctic Monkeys, wstrząsnął brytyjską - i nie tylko - sceną muzyczną. Chłopaki z Glasgow pokazały, że muzyka rockowa może być cholernie przebojowa i taneczna. Tak, taneczna. Franz Ferdinand to zespół, który śmiało może być grany na dyskotekach, przy którym doskonale można się bawić. Tylko mamy taki problem, że w Polsce z lekka bieda z indie dyskotekami. Więc póki co możemy sobie ładnie potupać nóżką słuchając muzyki w pokoju.

W związku z nową płytą "Tonight: Franz Ferdinand" było strasznie dużo zamieszania. Dzięki temu wszystkiemu jednak jest to jedna z najbardziej oczekiwanych indie płytek w ostatnim czasie. Premiera ostatecznie zostało ustalona na styczeń przyszłego roku, czyli już bardzo niedługo. I dobrze. Tylko mam nadzieję, że album sprosta oczekiwaniom fanów, bo takie podgrzewanie temperatury oczekiwania może czasami wygórować oczekiwania do poziomu, któremu nikt nie jest w stanie sprostać.
Z powstawaniem płyty wiązało się sporo zawirowań. Z najgłośniejszych jest użycie jakiegoś kontrowersyjnego instrumentu - nie pamiętam dokładnie sprawy, ale chodziło o materiał, z którego był on wykonany. Kolejną bardzo ważną sprawą były problemy z wyborem odpowiedniego producenta płyty. W jednym z wywiadów chłopaki przyznały, że jeden z pierwszych producentów chciał z nich zrobić Sugarbabes, tyle że w męskim wydaniu i z gitarami.
Zacząłem wypowiedź od cytatu z singlowego "Ulysses". Czy faktycznie odnaleźli nową drogę? Przekonamy się. Po jednym singlowym utworze trudno wydawać jakiś werdykt. Dla mnie jednak wciąż jest to stary, dobry Franz. Ok, może bardziej popowo-tanecznie jest, może teksty są ciekawsze, ale generalnie nie sądzę, by zespół przeszedł przez jakąś radykalną rewolucją - i dobrze! - to po prostu oczywista ewolucja, która stopniowo dokonywała się od czasu drugiego albumu. Dla mnie rewelacja, że poszli w tę stronę. Choć znam też osoby, którym to pójście w muzykę taneczną przez Franza odbierane jest mocno negatywnie. Cóż, wszystkich zadowolić się nie da.
Ja w każdym razie czuję się bardzo usatysfakcjonowany po przesłuchaniu singla promującego album. Mam nadzieję, że cały album będzie równie dobry. Czekamy. A tymczasem słuchamy.

Franz Ferdinand - Ulysses

sobota, 13 grudnia 2008

Dumni synowie Szkocji

Szkocja może być dumna. Do tej pory mogła się poszczycić między innymi taką gwiazdą jak Franz Ferdinand, a teraz do tego pierwszego szeregu zespołów, które po prostu trzeba znać śmiało możemy zaliczyć Glasvegas. Zespół już od początku bardzo pozytywnie mi się skojarzył. Do tego stopnia, że w pierwszym momencie myślałem, że chodzi o Death in Vegas, tak, tak niedosłuch postępujący. A jeśli wydaje wam się, że nie kojarzycie tego zespołu, to przypomnijcie sobie "Między słowami" i jeden z głównych motywów muzycznych z tego filmu. To był właśnie kawałek "Girls" Death in Vegas. Czyli skojarzenie było podwójnie pozytywne. Oczywiście kilka rozmów z moim przyjacielem Googlem i zostałem wyprowadzony z błędu. Dowiedziałem się wtedy, że mamy o to do czynienia z nowym zespołem, któremu jeden przyświeca cel - mieć u stóp cały świat... noo, a jak nie cały, to przynajmniej na początek tę jego starszą - i lepszą - część. W sumie Glasvegas nie jest jakimś zupełnym dzieciakiem na scenie muzycznej. Zespół powstał bowiem już w 2006 roku, ale dopiero teraz ukazuje się ich debiutancka płyta. To "teraz" jest oczywiście mocno względne. Jaki bowiem polski zespół wydaje tak szybko debiutanckę płytę i który byłby od razu po debiucie znany w innym kraju? Będę złośliwy i odpowiem na to retoryczne pytanie - żaden.

Odnośnie samej muzyki tworzonej przez Glasvegas. Jest to po prostu kawał porządnego shoegaze, a jeśli ktoś preferuje mniej wymyślną nazwą, to powiedzmy, że jest to poprostu electro-rock z bardzo nośnymi, epickimi, melodyjnymi nutami. Jednak termin shoegaze jest mimo wszystko bardzo na miejscu. Bo sporo tutaj podobieństw do jednego z prekursorów tego nurtu, czyli My Bloody Valentine (ściana dźwięku!). Swoją drogą z tą nazwą wiąże się ciekawa anegdotka. Kiedyś myślałem, że termin ten ma jakieś ukryte dno czy coś, a tu chodziło po prostu o tak banalną sprawę, jak to, że gitarzysta nie pamiętał nut i patrzył przez cały koncert pod nogi, gdzie miał kartkę z akordami. A biedna publiczność myślała, że on tak przeżywa tę muzykę, że aż nie może spojrzeć w stronę publiczności.

Moja miłość do Glasvegas nie była nagła ani płomienna. Najpierw usłyszałem "Daddy's Gone". Utwór rewelacyjny. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy płyta po wyrywkowym przesłuchaniu nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Ale właśnie. Tym wyrywkowym pierwszym przesłuchaniem zrobiłem największą krzywdę tej muzyce. Płyta bowiem tworzy bardzo spójną całość. I to do tego stopnia, że jeśli nie słuchamy wszystkich kompozycji w całości, to poszczególne nagrania sporo tracą, gdzieś gubi się ta myśl przewodnia i motyw muzyczny spajający poszczególne utwory klamrą w jedną opowieść. Kiedy się bowiem słucha płyty w całości, kawałek po kawałku, wtedy dopiero możemy rozkoszować się pięknem tego albumu. A tymczasem jedyny kawałek, który dobrze brzmi wyrwany z kontekstu - "Daddy's Gone":

The Killers - Day&Age. Reaktywacja!

Console me in my darkest hour
Convince me that the truth is always grey
Caress me in your velvet chair
Conceal me from the ghost you cast away

I ain't in no hurry, you go run
And tell your friends I'm losing touch
Fill their heads with rumours of impending doom
It must be true


Prawie pół roku przerwy? Nie za fajnie. Nie ma co ukrywać. Ale cóż zrobić. Może przerwa była potrzebna. W końcu żadna krucjata nie może trwać permanentnie. Nawet ta muzyczna - głównie. W każdym razie I was back to the town;) Z nowymi inspiracjami muzycznymi, z nowymi płytami, z nowymi pomysłami. A wszystko zaczęło się w lipcu. Czyli wtedy kiedy spłodziłem ostatni wpis na tym blogu. W skrócie, później był wyjazd do UK, zachwyt ilością dostępnych płyt w sklepach muzycznych. Ilość osób w tych sklepach. O tak, to był największy szok. Chociaż nie. W sumie jak dla mnie największym było to, że wchodząc do HMV mogę znaleźć tam każdą (KAŻDĄ) płytę o jakiej tylko mogę sobie zamarzyć, by poszukać. No i ceny. W promocji dwie płytki za 10 funtów, czyli wtedy to było coś około 40 złotych (20 zeta za płytkę!). Później jednak szara rzeczywistość. Polska wita. Teraz przy tej okazji skojarzyły mi się dwie historie z zakupami CD. Najpierw Kings of Leon, a ostatnio nowy album The Killers. Ten pierwszy pamiętam, że trudno było w ogóle dostać. Aż mi się nie chce pisać o tragicznej organizacji polskich sklepów i to bardzo dużej sieci, pełnej kultury podobno. Na półkach leżą dziesiątki jakiegoś syfu, który w ogóle nie schodzi, a towaru na który jest zapotrzebowanie sprowadzają dosłownie kilka sztuk i potem kto pierwszy ten lepszy. Nic dziwnego, że część osób mogła się ostro wkurzyć. W końcu człowiek chce kupić oryginalną płytę, a tu stwarza mu się takie problemy. Nic jednak nie przebije ostatniej historii z The Killers. W całej Częstochowie nie było już, kiedy chciałem kupić, ANI JEDNEJ płyty. W Katowicach zaś ledwie udało mi się kupić ostatnią z magazynu. Sorry, co to ma być? Kpina z klienta? Czy jeśli coś tak dobrze schodzi, to nie można sprowadzić kilkanaście sztuk więcej? Czy naprawdę konieczne jest zaleganie na półkach słabiutkiego nowego Guns'n'Roses podczas gdy o dobre płyty trzeba wręcz toczyć batalię i nie dać się wyprzedzić innym fanom? No troszkę szacunku do klienta. W końcu to chyba sprzedawcom powinno zależeć na tym, by zgarnąć kasę za półkowe. A wiadomo doskonale, że akurat ta sieć sklepów kulturalnych troszkę sobie za to liczy.

Ale to już przeszłość. Najważniejszy jest efekt końcowy. A ten jest wyśmienity. Bowiem The Killers na nowej płycie powracają w wielkim stylu. I te 31 złotych (sic!) jest zdecydowanie warte wydania. Przy ich drugiej płycie dość mocno na początku narzekałem, że wcześniej tak pięknie grali, tak cudownie, że komu to przeszkadzało, że czemu się zmienili, że czemu na siłę chcieli uchodzić za ambitniejszych niż byli naprawdę. Teraz, z perspektywy czasu, sądzę że może nieco niesprawiedliwa była ta opinia, bo druga płyta jest faktycznie inna niz pierwsza, OK. Ale w sumie nie jest taka zła. W końcu kawałki "When You Were Young" czy "Read My Mind" zdecydowanie można zapisać jako jedne z ich najlepszych. Poza tym, gdy posłuchamy sobie pierwszej, drugiej i trzeciej płyty zauważymy wtedy, że mamy tutaj do czynienia z jakąś spójną ewolucją i rozwojem. Choć nie zmienia to faktu, że ogromny plus mają jak dla mnie za to, że trzecia płyta mimo wszystko jest bardziej podobna do pierwszej. Chłopaki zgoliły zarost i generalnie wrócili do tego, co im najlepiej wychodzi, czyli śpiewania o bad girls. Spotkałem się co prawda z opinią, że na nowej płycie poruszają problem Boga, tego czy istnienieje czy nie... zwątpiłem po przeczytaniu tej opinii. I to nie w jakimś szmatławcu. Angielski serwis recenzyjny. Przesłuchałem wspomniany kawałek ("A Dustland Fairytale") kilka razy, dla pewności przeczytałem tekst i powiem tak, jeśli dla kogoś słowa o tym, że wszystkie dobre dziewczyny już umarły, że ciągle poszukujemy nowych doznań, nowych dróg i tak dalej jest rozważaniem na tle religijnym to proszę bardzo. Ale ja nie dokonywałbym tutaj takiej nadinterpretacji. Nie wmawiajmy autorowi na siłę co miał na myśli.

Mam nadzieję, że już wyjaśnił się przynajmniej w pewnym stopniu cytat otwierający ten wpis. Pochodzi on z pierwszego utworu na płycie. Kapitalne rozpoczęcie. Ogólnie cała pierwsza piątka na płycie mocno rozkręca album, nawiązując do najlepszych tradycji The Killers w postaci "Somebody Told Me", "All These Things That I've Done" czy "Smile Like You Mean". To samo doskonałe połączenie elektroniki z rytmicznym rockiem, w którym wyczuwalne są też pewne elementy post-punka. Oczywiście odpowiednio podlane tanecznym popem. Cudo. A jeszcze ta wyśmienita modulacja głosu wokalisty, te emocje.

Bad girls swoją drogą, ale jednak muszę przyznać, że teksty są jednak w pewnym stopniu ambitniejsze. Niestety rozczaruję tutaj rozochoconych chłopców, którzy chcieliby zrobić z The Killers zespół religijny. Hm, chyba, że to byłaby religia taka, jaką uprawia Hank Moody w scenie otwierającej pierwszy sezon "Californication". Ale, ale... na przykład utwór "The World We Live In" sprawia, że zaczynamy zastanawiać się czy The Killers nie zmierza troszkę w stronę U2. Chociaż chęć zmiany świata, naprawienia błędów, wiary w lepsze jutro, wiara w to, że nie jest jeszcze za późno, by zmienić wiele rzeczy, nie od razu musi oznaczać podążanie szlakiem U2. Chociaż z drugiej strony inspirowanie Bono i spółką jak dla mnie nie jest żadnym powodem do krytykowania.

W sumie jeśli miałbym teraz polecić szczególnie, któryś utwór z nowej płyty, to pewnie zarzuciłbym "Specemana" albo "Joy Ride'a" (z genialnymi wpływamili latino), albo może "Human" (chociaż ten utwór jak dla mnie już został zakatowany ilością odsłuchań), więc przekornie pojedziemy świątecznie. W końcu tak modnie chyba teraz. Ale zrobimy to w stylu The Killers. Czyli irocznie. Nie zabijaj mnie Mikołaju!!!

The Killers - "Don't Shoot Me Santa"



A już niedługo chyba trzeba będzie zrobić jakiś prywatny top tego roku...

środa, 9 lipca 2008

Bezkultura mas

Toniemy w nicości nowoczesnej cywilizacji. Mamy ogromne osiągnięcia na polu nauki i techniki, praktycznie każdy może swobodnie korzystać z Internetu, a wszystko rozbija się o mur głupoty i źle pojmowanego konformizmu. Nikt nie myśli, nikt nie szuka. Każdy tylko bierze z tego bezkresnego morza możliwości to co chce, nie dając przy tym niczego od siebie, nie dając niczego w zamian. Nie będąc w stanie zaproponować czegoś konstruktywnego. Źle pojmujemy wszystko to, z czego mamy możliwość korzystać. Internet będący skarbnicą wiedzy, ułatwiający kontakty międzyludzkie, sprawiający, że przestają istnieć jakieś granice, wykorzystywany jest jedynie dla infantylnych celów na miarę dziecięcych zachcianek. Nie rozmawiamy, tylko czatujemy. Nie spotykamy się w kawiarniach, tylko w wirtualnych portalach. Więcej czasu spędzamy na przeglądaniu bzdur niż na czytaniu wartościowej lektury. Głupiejemy. Czy nikt nie dostrzega faktu, że społeczeństwo staje się coraz głupsze? Nie czyta, nie chadza do teatrów, nie potrafi konstruktywnie i logicznie się wypowiedzieć. Ludzie mają problem ze zrozumieniem jednej strony A4 tekstu. Szerzy się wtórny analfabetyzm i pierwotna obojętność ze strony samych zainteresowanych. Siedzą zamknięci w swoich cybernetycznych światach i liczą, że ktoś im to wszystko wytłumaczy, ale najlepiej w taki sposób, by nie padały tam zbyt długie słowa i żeby nie było to zbyt inteligentne, bo wtedy przypadkiem mogą jeszcze czegoś nie zrozumieć.
Upada język, ulega wulgaryzacji. Ludzie nie czytają książek, posługują się coraz potężniejszymi uproszczeniami, mają gdzieś gramatykę, choćby podstawy interpunkcji, wplatają w swoje wypowiedzi masę naleciałości - głównie angielskich. Do tego dochodzą tysiące nikomu niepotrzebnych na taką skalę akronimów. Zabijamy język poprzez bezmyślne skróty. To, co kiedyś było niedopuszczalne w mowie, dziś staje się standardem. To, co kiedyś było uznawane za niedopuszczalną formę językową, dziś staje się równorzędna - i co gorsza, częściej używaną od prawidłowej formy. Kto pamięta choćby o takiej pierdółce, jak ta, że powinno się mówić "czytałem tĘ książkę", a nie "czytałem tą książkę". Albo ta cholerna maniera akcentowania na ostatnią sylabę. My po polsku mówimy czy w jakimś innym języku? Jeśli po polsku to chyba akcentować się powinno z reguły na przedostatnią sylabę. Albo jeszcze ta wkurzająca praktyka mówienia "w gazecie pisze". Ktoś ci pisze tam w chwili mówienia? Wyskakuje krasnoludek i pisze artykuł na twoich oczach? Nie sądzę. Tak trudno powiedzieć, że w gazecie coś JEST napisane?
Każdy chce więcej i więcej. Nastawiamy się na modus posiadania i całkowicie zapominamy o modusie bycia. Naprawdę te dwa modusy się wzajemnie nie wykluczają. Jeśli każdy z nas się choć odrobinę postara to może i BYĆ i MIEĆ. Trzeba tylko chcieć. Konformizm jest w porządku. Nie należę do osób, która rzucając z prawa i lewa banały zacznie krytykować całą naszą współczesną konsumpcję. Jest ona wytworem naszych czasów, jest elementem naszej popkultury i nie jest niczym złym. Zła staje się dopiero przez nasze działania, które bardzo często są bezmyślne. Nie zastanawiamy się bowiem czy coś jest nam potrzebne, tylko bierzemy coś, bo chcemy to mieć, nie zastanawiamy się czy jest to wartościowa rzecz, czy tylko śmieć, którego za chwilę się pozbędziemy. Zataczamy się od naszych pragnień. Niczym narkomani na głodzie ciągle chcemy więcej i więcej. Czy tego nie da się uleczyć? Co tu leczyć... całą cywilizację trzeba byłoby chyba poddać kompleksowemu leczeniu. Ale tutaj już wchodzimy na pole jakichś utopii, więc darujmy to sobie. Wiadomo bowiem doskonale, że żadna utopia nigdy się nie sprawdziła.
Znów, niczym powracająca fala, pojawia się motyw konformizmu, konsumpcji, buntu. Bunt przeciw konformizmowi wydaje mi się najbardziej zakłamanym buntem z jakim możemy mieć do czynienia. Zbyt często bowiem spotkałem się z przypadkami, że wyrażał się on jedynie w pustym zanegowaniu wszystkiego tego, co oferuje nasza popkultura, a nie oferując niczego w zamian. Jeśli w zamian dajemy na przykład kontrkulturę, to oczywiście sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Coś takiego jest jak najbardziej dobre i mile widziane. Następnie, bunt jest trendem. Czymś modnym w pewnym okresie. Najpierw trzeba wymyślić sobie idee, potem spróbować je wcielić w życie, a kiedy szary mur ludzkiej beznadziei powtarzającej nam, że świata nie zmienimy, że jest jak jest, że tak tak, może i mamy rację, ale tak już jest. Gdy ta pieprzona masa betonu zatrzyma nas na środku ulicy z butelkami wymierzonymi niewiadomo w co, to pozostanie jedynie ubranie tego buntu w jakąś komercyjną otoczkę, dobre jego sprzedanie i spijanie kasy z rozlanych na ulicy koktajli mołotowa. Tak umrze bunt nasz i tak umrze każdy kolejny bunt. Każdy jednak pozostawi trochę zgliszczy i ruin wśród szarego betonu miast, a kiedyś przyjdzie wiosna i może okaże się, że udało się nam światu i życiu sprostać zmieniając je w choć minimalnym stopniu.

Czasami trzeba spojrzeć na wszystko z innej strony. Powiedzieć głośno "NIE!", gdy mówią tak, odwrócić się plecami, przestać trzymać z idiotami. No to po takim buntowniczym rozpoczęciu utwór, który może być lekkim zaskoczeniem w tym miejscu, ale strasznie mi się podoba ostatnio (znów). Red Hot Chilli Peppers i "Otherside":

poniedziałek, 7 lipca 2008

Kradzież nieprzerwana

Od lat trwa i nasila się kradzież. Nieprzerwana. Permanentna. Niby coś tam się robi, jakoś próbuje się z tym walczyć, tylko dlaczego mam wrażenie, że wszystkie te działania są bardzo prowizoryczne? Dlaczego niby się walczy z piractwem, a nie dzieje się tak naprawdę nic?
Cały czas zastanawia mnie jakim sposobem funkcjonuje na przykład coś takiego jak Rapid. Chyba nikt nie jest na tyle naiwny, by zakładać, że wszystkie pliki, którymi wymieniają się internauci tam są ich własnością, mają do nich pełne prawa autorskie i mogą nimi swobodnie dysponować?
Skąd u nas takie idiotyczne przyzwolenie na kradzież muzyki? Dlaczego nie widzimy w tym nic złego? Dlaczego zamiast wyjść do sklepu i kupić CD kradniemy je z internetu? Skąd ta maniera, przyzwyczajenie i zwyczaj? Nie mówię tu oczywiście tylko o tym, że to Polacy kradną i nikt więcej. Naiwny nie jestem. Tylko jakoś nie mogę nie zauważać tego, że pomimo oczywistego faktu istnienia piractwa w innych krajach sprzedaż oryginalnych płyt wygląda tam zupełnie inaczej niż u nas. Tam, płyty sprzedają się w nakładach, a u nas podniecamy się, gdy jakiemuś wykonawcy uda się sprzedać 10 tysięcy płyt w ponad 30 milionowym kraju. No naprawdę wyczyn. I nie chodzi tutaj nawet o jakąś kulturę muzyczną, bo nie jest z nią wcale tak źle w naszym kraju. Widzimy przecież potem masę ludzi, którzy potrafią się bawić przy muzyce Much na przykład, znają teksty. Tylko, że znać teksty i piosenki oficjalnie powinno kilka tysięcy ludzi - Muchy i tak miały szczęście. Jak na alternatywny zespół sprzedać blisko 10 tysięcy płyt w naszym kraju, to naprawdę sukces. W każdym razie, czy nie jest dziwnym, że zespół ma pewnie kilkadziesiąt tysięcy fanów, a tylko pewien ich procent kupił płytę? Dlaczego tak się dzieje? Czy nie potrafimy docenić trudu włożonego przez artystów w nagranie albumu? Mamy gdzieś ich pracę? Chcemy tylko bezmyślnie konsumować na zasadzie, skoro ktoś inny ściąga z netu to czemu ja mam kupować? Może choćby po to, że takie ściąganie plików z internetu, co już nie raz próbowałem udowodnić, jest po prostu nie fair w stosunku to twórców. Poza tym, nikt z osób kradnących muzykę z netu raczej nie kradnie komórek, torebek, książek ani innych rzeczy. Dlaczego więc przyzwalamy na kradzież muzyki? Skąd ten idiotyzm? Dlaczego władze państw nie potrafią jakoś skutecznie z tym procederem walczyć? Czy komuś się opłaca piractwo?

Coś energetycznego może tym razem. Bloc Party i ich najnowszy singiel "Flux". Ciekawa sprawa z tym zespołem. Pierwsza płytka była taka typowo brytyjska, lekko garażowa i gitarowa. Druga serwowała nam bardziej uspokojone i dopracowane rytmy, troszkę to wszystko było wyciszone, pojawiło się za to więcej elektroniki. "Flux" zaś to już otwarty flirt z elektroniką i muszę przyznać, że chłopakom wychodzi to jak najbardziej na zdrowie.

niedziela, 6 lipca 2008

Polactwo ty moje, pieprzę cię

Jakiś czas temu, przy okazji recenzowania drugiego wydania "Polactwa" Rafała A. Ziemkiewicza, tak zaczynałem swój tekst: " Polskie społeczeństwo jest bardzo zróżnicowane. Z jedne strony są osoby przedsiębiorcze, ambitne i będące czymkolwiek zainteresowane. Z drugiej zaś mamy taki zaścianek, który nie interesuje się ani kulturą, ani polityką, ani niczym innym, co nie dotyczy jego samego. Rafał A. Ziemkiewicz bardzo wprost mówi o tej zaściankowej grupie społecznej i nazywa ją polactwem. Czym jest polactwo? To ludzie, którzy żyją z wykorzystywania innych warstw, to pasożyty społeczne, ludzie zawistni, mało inteligentni - mówiąc delikatnie, podatni na demagogię i populizm. Polactwo nie posiada sprecyzowanych przekonań ani poglądów. Kocha tego, kto im w danej chwili więcej obieca."
I co? I to, że na księgarskich półkach pojawiło się już trzecie wydanie chyba najsłynniejszej publikacji Ziemkiewicza, a polactwo jak trwało, tak trwa. Nie zmienia się nic. Albo zmienia się tak niewiele, że trudno to zaobserwować. Ludzie, którzy niczym się nie interesowali, nadal niczym się nie interesują. Ci, którzy byli podatni na demagogię, są podatni nadal. Ci, którzy byli kulturalnymi ignorantami, są nimi nadal. Dlaczego? Dlaczego niektórzy nie mogą zacząć myśleć? Zastanawiać się? Czy to naprawdę jest takie trudne? Zbyt wiele osób czerpie informacje tylko z telewizji - miejmy nadzieję, że jeszcze chociaż w miarę rozumieją treść wieczornych wiadomości. Wtórny analfabetyzm. Dla mnie jest to rzecz wręcz niemożliwa do pojęcia. Jak można czytać i nic z tego nierozumieć? Jak bardzo trzeba się kulturalnie stoczyć, by doprowadzić się do takiego stanu? Jak można pozwolić na to, by być intelektualnym impotentem, któremu ktoś musi tłumaczyć, co jest dla niego dobre i jak ma postępować? Skąd takie zaściankowe podejście do polityki? "Brzydzę się polityką" - jak łatwo powiedzieć taki frazes. Tylko czemu nikt się nad tym nie zastanowi bardziej? Czy to nie my - społeczeństwo - mamy wpływ na to, kto zasiada w Parlamencie? Czy to nie ludzie powinni patrzeć politykom na ręce? Oceniać ich? A po czterech latach wystawiać cenzrukę? Gdyby tak poczuli ci nasi politycy, że cierpliwość ludzi się wyczerpuje, że społeczeństwo patrzy im na ręcę, to wiadomo, że postępowaliby inaczej - zakładając, że dysponowaliby choć elementarnym poziomem inteligencji. Tylko z drugiej strony nie można popaść w taką skrajność w jaką zdaje się popadać Platforma - że lubimy tych, tamtych też, tym robimy dobrze, tamtym też. Nie można przy podejmowaniu newralgicznie istotnych dla państwa decyzji kierować się zamiast dobrem państwa sondażami poparcia. Nie może być tak, że partia rządząca podejmuje tylko mało istotne decyzje, które nie narażą jej na jakiś spadek popularności. Oczywiście pozytywny wizerunek jest ważny - i tutaj nikt nie zaprzeczy, że Platforma ma świetnych specjalistów od PR. Tylko oczekiwałem od tej partii, głosując na nią w wyborach, czegoś więcej. Liczyłem, że przeprowadzą pewne reformy, zrealizują obietnice przedwyborcze. Jedyne z czego się cieszę, to fakt, że obecnie jest o wiele spokojniej w polityce niż za czasów pontyfikatu ojca Jarosława, chamusia w gumofilcach i wszechpolaka z wachlarzem powiedzonek wyczytanych z podręcznika Dmowskiego. Tylko, że ten sukces Platformy to bardziej w myśl hasła, że lepszy słaby kochanek niż mąż impotent - jak to ciekawie ujął jeden z naszych świetnych kabaretów. Metoda jechania po PiSie w tych wyborach się sprawdziła, zapewniła sukces. Jednak czy tylko to wystarczy przy kolejnych? Nie sądzę. Naprawdę nie sądzę. Tylko z drugiej strony co jeśli nie PO? Śmiesznie radykalne SLD pod rządami Napieralskiego? PiS z jego miłością do Instytutu Paranoi Nieuleczalnej? Może coś na gruzach Parti Demokratycznej jeszcze powstanie, ale wątpię, by PD miało szanse być realną konkurencją dla Platformy. Na razie jest jeszcze dużo czasu do wyborów. Niech się dzieje, co się ma dziać. Za jakiś czas pewnie będzie można wrócić do tematu, a tymczasem coś przyjemniejszego dla ucha, niż wypowiedzi polityków - Aimme Mann i jej kawałek "Freeway". Piosenka jest całkiem sympatyczna - taki lekko folkowy wokal, z elementami rocka przeplatanymi popowym brzmieniem. Z tym, że do muzyki takiej jak ta podchodzę w taki sposób, że doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie za miesiąc nawet nie będę już o tym utworze pamiętał, a nawet jeśli chodzi o ten album, to nie zapuszczam się dalej niż na singla. Nie warto. Ale kawałek jest na tyle w porządku, że słysząc go pierwszy raz w Trójce stwierdziłem, że ujdzie i odsłuchałem raz jeszcze na Youtube.

sobota, 5 lipca 2008

Opener kontra... no właśnie co?

Chciałem skonfrontować Opener z jakimś innym polskim festiwalem, ale nie wiem czy to w ogóle możliwe. Woodstock? No proszę was. Co roku to samo. Offestival - no tu już bardziej, z tym, że mysłowicki festiwal nie dysponuje takim budżetem jak impreza Heinekena i przez to wszystko w Parku Słupna jest robione w ogromnym pomniejszeniu. Już nawet nie będę porównywał Openera do jakiś sopockich czy innych festiwali. Chociaż do organizatorów festiwalu TopTrendy można mieć pretensje. Bawią się w coś takiego jak debiuty, to mogliby się postarać. Tak komercyjny festiwal ma szansę wypromować młode zespoły. Dobre zespoły. Patrząc na listę wykonawców, jacy zostali zaproszeni zastanawiam się czy to żart, głupota, a może kpina z ludzi. Nazywanie Manchestera jednym z najlepszych polskich zespołów rockowych młodego pokolenia, jeszcze - o zgrozo - podchodzących zdaniem autorów pod polskie indie inspirowane brit-popem, to już może przyprawić o palpitację serca. No bez jaj. Ten zespół nie ma nic do pokazania. Nic! Żenujący wokal, słabiutkie teksty. W taki sposób neguje się osiągnięcia naszej rodzimej sceny indie. Cholera! Mamy Rentona, mamy Muchy, Cool Kids of Death, Hatifnats, NeLL, The Car is On Fire, Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach. Kurcze, mamy masę dobrych zespołów, a tu się ludziom puszcza takiego gniota. Chociaż jak tak na spokojnie się zastanowić, to przecież większość z tych świetnych zespołów prawie w tym samym czasie występuję dla ponad pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Grają tam, gdzie organizatorzy potrafią ich docenić, uznać. Muchy rozpoczynały wczoraj festiwal Open'er. I to nie na jakiejś bocznej scenie, tylko na głównej! Cool Kids of Death zaś wystąpią dzisiaj również obok największych gwiazd światowego formatu. Na jednej scenie z Interpolem. Wątpię, by jakikolwiek inny polski zespół był tak doceniony. Ach, co do TopTrendów jeszcze. To widzę, że nadal niektórzy lubią się bawić w towarzystwo wzajemnej adoracji. Ja rozumiem, że Nosowska i Hey to klasa sama w sobie, ale nie oszukujmy się, w tym kraju poza nimi są jeszcze inni. Dajmy im szansę. Nudne się to robi. A naiwnie myślałem, że nie powtórzy się historia z ostatniej gali Fryderyków.
I jeszcze jedna sprawa, która mnie zdenerwowała. Kto przyznał patronat nad Open'erem telewizyjnej dwójce? No pytam się kto? Co to ma w ogóle być? W ciągu dnia kilka pięciominutowych wejść na festiwal i późną nocą tak na oko dwudziestominutowa "relacja"? To ma być patronat? Dla porównania - w radiowej Trójce jest około piętnastu godzin (tak! godzin!) relacji na żywo z festiwalu, poza tym non stop grana jest tam taka muzyka, jaką można usłyszeć na festiwalu. I to nie tylko w ten weekend. W Trójce tak gra się zawsze.
A liczyłem, że coś się ruszy w tym naszym światku muzycznym. No i w sumie się rusza, się dzieje. Tylko to, co dobre, hamowane jest przez jakichś kolesi, którzy wszędzie próbują wepchnąć swoich ludzi i dla których nie liczy się to, czy muzyka jest dobra czy zła, tylko to, czy uda się na niej zarobić odpowiednio dużo kasy. A podobno sztuka może być niedoceniana tylko przez ignorantów. Jak widać, niestety, jeszcze dość sporo takich ignorantów się tu i tam pałęta.
Zostawmy ich jednak w spokoju. My skupmy się na dobrej muzyce i cieszmy się, że są jeszcze ludzie tacy jak Agnieszka Szydłowska, Piotr Stelmach czy Artur Rojek, dla których muzyka jest czymś ważnym i robią wiele dobrego dla wypromowania nowej jakości w polskiej muzyce. A jeśli nowa jakość to posłuchajcie Hatifnats i ich kawałka "Waking in the dark", który trafił na trójkowy singiel "Uważaj kochanie". Bardzo ciekawy wokal, interesujące brzmienie. Tak się gra w Polsce indie i post-rocka!